1/09/2018

Nieudany krok w Nowy Rok?

Miał być manicure hybrydowy w kolorze złotym i czerwonym, sukienka, może niekoniecznie balowa, ale jednak kiecka zamiast zazwyczaj noszonych w domu szmacianych spodni. Miały być dobre przekąski, nie homary i kawior, coś prostego, a jednak rajskiego dla podniebienia. I brokat na oczach też miał być. Sylwester w końcu. I to wszystko miało być w domu. Z przyjaciółmi.

Był dom. Były cienie, ale pod oczami. Nie było sukienki, były szmaciane spodnie. Paznokci nie zrobiłam. Jedzenie - skończyło się na krakersach i kabanosach. Nie było przyjaciół. A wszystkiemu winny rotawirus lub zatrucie pokarmowe, które mnie powaliło na koniec roku. Dlatego po ogarnięciu dzieciaków usiedliśmy w dwójkę przy stole i popijając herbatę graliśmy w planszówki. Mimo wielkiego nieprzygotowania wskazówka wybiła północ, niebo za oknem rozświetliło się tysiącem fajerwerków i zaczął się Nowy Rok. I choć nie było tak jak zaplanowałam to spędziliśmy całkiem miły, choć bardzo spokojny wieczór.

Mówią, że jaki Nowy Rok taki cały rok. Nie będę narzekała, gdyż nie licząc tego, że się nie wyspaliśmy (ale kto chodzi wyspany przy pakiecie noworodek + prawie dwulatek) to mieliśmy bardzo przyjemny, rodzinny dzień. Nie jestem zachłanna, wystarczy mi jeśli 2018 będzie jak 2017.

Wydarzyło się w nim mnóstwo cudownych rzeczy, ale oczywiście jedno zdominowało resztę.
Kuby pierwsze urodziny były jednocześnie dniem, w którym dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami po raz drugi, a 5 grudnia, prawie miesiąc przed czasem, na świecie pojawił się Tomuś.

Druga rzecz na mojej liście wdzięczności i radości roku 2017 to sprzedaż motoru! W dniu narodzin Tomka znalazł się kupiec na tą znienawidzoną przeze mnie maszynę. Nie macie pojęcia jak bardzo nie lubię motocykli i motocyklistów. Nie personalnie, ale ogólnie. Nie ludzi, którzy siedzą skryci w czarnych ciuchach i kasku, ale ogólnie motocyklistów. Każde wyjście M. na motor wywoływało u mnie palpitacje serca. Bo może gdzieś tam pod kaskiem były jakieś pozostałości odpowiedzialności, ale motocyklista nie ma wpływu na wszystkich kierowców dookoła i to właśnie najbardziej mnie przerażało. Dlatego cieszę się, że motor- srotor już nie jest moim problemem. I kocham mojego Męża jeszcze bardziej za to poświęcenie.

Co jeszcze? Mnóstwo małych i większych radości. Krótsza o miesiąc ciąża (przez moje burze hormonów i coraz mniejszą cierpliwość M moglibyśmy nie dotrwać jako małżeństwo do porodu w normalnym terminie), biała podłoga w sypialni, przemalowanie drzwi wejściowych na miętowo, śluby, narodziny kilku maluszków, ciąże wśród rodziny i przyjaciół. Wakacje z przyjaciółmi, wieczory z planszówkami, wypady do Escape Roomu, niezliczone pyszne obiady, kawy z przyjaciółkami, krótkie wycieczki samochodowe, wypady nad morze.... Mogłabym tak wymieniać bez reszty.







 2018 też będzie dobry! Życzę sobie zdrowia i zdrowej rodziny, a na całą resztę wierzę, że mam wpływ. Będę szczęśliwa jeśli pod koniec roku w kolekcji wspomnień będą spotkania z przyjaciółmi, kolejne zmiany w mieszkaniu, podróże małe i może jakaś jedna większa, spacery, kawy na mieście, wieczory planszówkowe. Zamierzam cieszyć się z tych drobnych momentów, celebrować je i pamiętać, że w życiu chodzi o bycie szczęśliwym. I na to na pewno mamy wpływ. 


Czy mam jakieś plany i postanowienia?
No jasne! Mnóstwo!
Są wśród nich plany, które 2 stycznia podjęła duża część kobiet - schudnąć. Ja też chcę. Mam nadzieję, że zgubię kilogramy, moje pozostałości po 8 miesiącach ciąży.
Chcę skończyć odgracanie naszego mieszkania, sprzedać lub oddać niepotrzebne rzeczy. Większość już ogarnęłam korzystając z tzw. "syndromu wicia gniazda". 
Chcę nauczyć się gotować tradycyjne polskie dania. Tu możecie się roześmiać -choć całkiem dobrze gotuję i lubię to robić to w zeszłym tygodniu pierwszy raz w życiu robiłam krupnik. I takich normalnych zup, których nigdy nie gotowałam jest mnóstwo. Podobnie z gołąbkami, zrazami.... Czas to nadrobić. 
Chcę spędzać więcej czasu z dzieciakami na świeżym powietrzu, uszyć kilka rzeczy, zrobić w końcu swój zakwas i częściej piec chleb, nie tylko taki z garnka.  Mam nadzieję, że przeczytam więcej książek (choć w 2017 nie było ich mało), skończę wszystkie rozpoczęte (a tych jest mnóstwo). 
Co jeśli się nie uda? Nic. Przyjdzie 2019 i zacznę od nowa. Nie będę rozpaczać, bo tak w gruncie rzeczy nie potrzebuję żadnych radykalnych zmian w swoim życiu. Jestem szczęśliwa tu, gdzie jestem. 

I Wam kochani czytelnicy życzę tego samego co sobie - zdrowia, zdrowej rodziny i bycia szczęśliwym, cokolwiek to dla Was oznacza :)

A.

PS: Jednak jest motocyklista, którego lubię! To Wujek Rysiek! Odpowiedzialny, jeździ przepisowo!!!!  Gdyby M. jeździł z nim to może nie miałabym nic przeciwko. I jeszcze kuzyn Patryk, bo choć nigdy nie widziałam go na motorze, to Jego żona lubi z nim jeździć, a po spędzeniu dwóch lat z Alą (razem w ciąży i na macierzyńskim) nie odniosłam wrażenia, że jest wariatką :P Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. My w Sylwestra do 23:45 spaliśmy, następnie załadowaliśmy psa pod kołdrę, włączyliśmy szumisia i kilka innych źródeł szumu, zaciągnelismy rolety i po 30 minutach pocieszania psa, poszliśmy znów spać, by za pól godziny obudzić się na cycka ;-) a co do tych małych radości, to właśnie z nich trzeba umieć się cieszyć. Jeśli nie cieszymy się z małych, to i duże nie przyniosą nam szczęścia ;-) Najlepszego :-) Buźka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Najważniejszy jest czas spędzony z rodziną, nieważne czy z rotawirusem czy z inną różyczka ��. Myślę że jesteśmy bardzo podobne. Ja też w życiu najbardziej cenię zdrowie moich dzieci i nasze a z całą resztą sobie poradzimy. Doceniajmy to co mamy��. Świetny jest twój blog. Wyłapałam na nim kilka pomysłów do swojego domu i (niestety z lekkim klonowaniem mojego męża��) wprowadziłam w życie!!! Fronty kuchenne pomalowałam na biało, znaleziony na ogłoszeniach stary drewniany hoker zyskał drugie życie i wspaniałe się prezentuje MOJ MIETOWY HOKER w kuchni. Dziękuje za inspiracje. Pozdrowienia ��

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję! Każde Wasze słowo bardzo mnie cieszy i jest ogromną motywacją do dalszego pisania.