3/01/2019

Dla siebie, dla kobiet - pomysły na prezenty i przepis na obłędne, wegańskie, kruche ciasteczka.

Dla siebie, dla kobiet - pomysły na prezenty i przepis na obłędne, wegańskie, kruche ciasteczka.
Za tydzień Dzień Kobiet. Czy wiecie, że to PRL-owskie święto ma swoje korzenie w Rzymie? Dlatego jeśli któraś z Was usłyszy, że nie dostanie kwiatka, bo mąż nie pochwala komunizmu to może go odesłać chociażby do Wikipedii. A tak serio to mnie te dyskusje kompletnie nie ruszają. Tak samo jak rozważania na temat Walentynek (początki również w Rzymie) czy Halloween (prawdopodobnie wywodzi się z Irlandii). Bardzo sobie cenię naszą kulturę i tradycję, ale każde kolejne święto to powód do uśmiechu, więc dlaczego go nie celebrować? Tak samo jak wczorajszy "tłusty czwartek" - przecież zjeść pączka można każdego innego dnia. Jednak jest coś w tej sympatycznej tradycji, że stoimy jak durnie w długich kolejkach i robimy to z wyboru! Dlatego warto obchodzić każde kolejne święto - wspomniane Walentynki, Dzień Chłopaka i Dzień Kobiet.




Tylko dlaczego zakładamy, że to tylko panowie muszą się wykazać? Dlaczego nie zrobimy czegoś same dla najbliższych kobiet? A kiedy ostatnio robiłyście coś dla siebie? Nie miałyście czasu?

"Nie miałam czasu" jest chyba najczęściej używaną wymówką. W takim tempie żyjemy, że nikogo to nie dziwi i nikt tego nie kwestionuje. Sama używam jej niesamowicie często. Ale ile czasu zyskujemy, gdy odkładamy na bok telefon i inne media! I nie chodzi o to, że Internet jest zły. Jest wspaniały i uwielbiam możliwości jakie daje. Mam sporo znajomości internetowych, które są dla mnie równie wartościowe jak te realne. Lubię mnogość inspiracji, jakie znajduję w sieci, natychmiastowy dostęp do wiedzy, możliwość załatwienia wielu spraw czy nawet zakupy przez internet. Lubię też to, że w każdej chwili mogę obejrzeć najlepszy serial w historii! Chyba nie muszę mówić, że chodzi o "Przyjaciół".

I to "Przyjaciele" byli inspiracją do napisania tego posta.

Gdy zaproponowano mi współpracę wiedziałam, że będę mogła Wam polecić tylko rzeczy, do których będę w 100% przekonana. Weszłam na stronę żeby zobaczyć ofertę, wiedziałam, że znajdę najróżniejsze upominki, również prezenty na Dzień Kobiet. Nie szukałam długo. Jak nie wybrać gadżetów z ulubionego serialu?



Kubek - kiedyś wydawało mi się, że kubek jest typem prezentu, który kupuje się, gdy brakuje pomysłu. Teraz picie kawy i herbaty to dla mnie jedne z wielu przyjemności każdego dnia i mam takie zboczenie, że lubię oddawać się tej przyjemności trzymając w ręce ładny kubek. W nieodpowiednim kubku kawa traci smak. Dlatego, choć mam już sporą kolekcję, nie gardzę kolejnymi. Doszłam też do tego, że kubek to idealny podarunek, kiedy chcemy kupić coś niekoniecznie zobowiązującego, raczej symbolicznego. Jeśli macie w swoim otoczeniu osobę, którą niezmiennie cieszą teksty grupy Przyjaciół z Nowego Jorku, którzy wiedzą, że Joey nie dzieli się jedzeniem, a Monica dzieli ręczniki na 11 kategorii - taki podarunek sprawi im radość. 




Drugi pomysł na prezent dla przyjaciółki, dziewczyny lub dla siebie to notes. Notesów nigdy za wiele, prawda? Już w szkole podstawowej miała dla mnie znaczenie okładka zeszytu. Jeśli była brzydka wiedziałam, że nie będę chciała do owego zeszytu zaglądać. Do teraz tak mam. Nadal regularnie kupuję notesy lub zeszyty, gdyż mimo XXI wieku najbardziej lubię pisać ręcznie. W notesach zapisuję pomysły na posty, piszę  ich pierwsze wersje, notuję koncepcje wnętrzarskie, plany na "zrób to sam" oraz wiele innych rzeczy.

Notatnik "How you doin" jest oprawiony w przyjemny miękki materiał, ma prawie 200 stron, a dodatkowo jest personalizowany. Przyjemnie się z niego korzysta, a ponieważ w marcu będzie moim narzędziem pracy to mam nadzieję, że zmotywuje mnie do częstego otwierania i zapisywania.... Czego? Opowiem Wam w jednym z następnych postów.



Ostatnia rzecz obudziła uśpioną we mnie, jakiś czas temu, Panią Cukiernik. Od kiedy mam w domu dwóch alergików coraz rzadziej piekę. Robaczki co prawda wciągną wszystko, ale mnie trochę zniechęciły nieudane podejścia do niektórych przepisów. Mam dwa sprawdzone przepisy i to z nich korzystam. Brakowało mi jednak przepisu na proste, szybkie i pyszne kruche ciastka. A teraz mam i jest rewelacyjny. Ciastka są obłędne, prawdziwie kruche i dobre przynajmniej trzy dni - w tym czasie zostały wchłonięte. Dlatego w ramach prezentowania czegoś od siebie dla innych kobiet daję Wam przepis na wyjątkowo smaczne ciastka. Zrobiłam je, bo dostałam przepiękny wałek. Marzyłam o nim od kilku lat (to chyba jeden z niewielu gadżetów kuchenny, których jeszcze nie miałam, a kolekcję mam pokaźną). Wałek sprawdził się doskonale, ciasto się do niego prawie nie kleiło, wzór powstaje wyraźny i bardzo ładny. I nie wiem kogo te gwiazdki cieszą bardziej - mnie czy dzieci. Chyba mnie.


Wegańskie kruche ciasteczka


100 g cukru brązowego
100 g oleju kokosowego
szczypta soli
łyżeczka proszku do pieczenia
dojrzały banan
250 g mąki pszennej
100 g mąki orkiszowej

Cukier (biały też się sprawdzi) i olej utrzeć. Dodać sól i proszek. Wymieszać. Dodać rozdziabanego widelcem banana. Wymieszać i dodać mąki. Zagnieść ciasto, wstawić na pół godziny do lodówki. Po tym czasie rozwałkować i wykroić ciasteczka. Piec 12 minut w piekarniku nastawionym na 12 minut.

Smacznego!

PS: Czy ktoś się nie zgadza i zamierza wdać w polemikę, że tytuł najlepszego serialu w historii wszechświata nie należy do Przyjaciół?











PS: W trakcie robienia zdjęć testowałam dwa przepisy. Drugi jest tragiczny, nie róbcie ciastek z dodatkiem mąki ziemniaczanej ;-)

I jeszcze coś! Bądźcie tak mili... opublikujcie dalej, zalajkujcie itp. :-)

2/22/2019

Wyprawka dla noworodka - kompendium wiedzy.

Wyprawka dla noworodka - kompendium wiedzy.
To nie jest zwykła lista wyprawkowa. To jest najlepsza lista wyprawkowa, która pomoże Wam  zweryfikować co musicie kupić, a z czym warto się wstrzymać. To lista, na której zebrałam rzeczy z listy, którą dostałam od położnej, którą widziałam w gazecie, w ulotce firmy produkującej kosmetyki dla dzieci i z list wyprawkowych w sieci. Opis pomoże Wam podjąć decyzję i kupić to co faktycznie się Wam przyda. Pierwsza część wyprawki dotycząca garderoby znalazła się w poprzednim poście.

czego potrzebujesz dla noworodka

Wyprawka - czego potrzebujesz do karmienia:


Tak generalnie to piersi i tyle. Nasze babcie nie miały laktatorów. Ba! Nasze mamy ich nie miały. Nie było poduszek do karmienia i nakładek na sutki. I karmiły! A z drugiej strony... Skoro świat się rozwija to czemu nie skorzystać z jego dobrodziejstw. Życie trzeba sobie ułatwiać, a kiedy mamy dzieci takie ułatwienia dają nam to co bardzo ważne: czas.


czego potrzebujesz żeby karmić

Laktator elektryczny - nie należy do rzeczy niezbędnych, ale jest bardzo przydatny. Z Kubą używałam go już w szpitalu (szpital zapewnił laktator), a potem dopiero w 3 miesiącu podczas kryzysu laktacyjnego - wtedy bardzo intensywnie. Oprócz tego sporadycznie, gdy wychodziłam na dłużej i Kuba zostawał z tatą lub dziadkami. Z Tomkiem użyłam laktatora może dwa razy, ale też bardzo krótko karmiłam Małego piersią, bo jedynie 3 miesiące. 
Przetestowałam laktator elektryczny i ręczny Medeli. Oba warte polecenia. Elektryczny wygodniejszy, ale ręczny zapewniał mi większy komfort podczas odciągania mleka. 
Wkładki laktacyjne - pozycja obowiązkowa jeśli chcemy uniknąć mokrych plam na bluzkach.
Biustonosze do karmienia - duża wygoda, choć ja korzystałam z półmiękkich staników, gdzie górna część miseczki była z koronki - tak też można. Choć biustonosze dedykowane do karmienia są zdecydowanie lepsze.
Nakładki na sutki - nie ma potrzeby kupować ich od razu, najpewniej wcale się Wam nie przydadzą. Kupiłam w trakcie karmienia, wydawało mi się, że ułatwią... No cóż, nie ułatwiły.
Butelka do karmienia - na listach występują mała i duża. Jeśli planujecie karmić piersią to na początek wystarczy Wam jedna butelka żeby np. zostawić malucha pod opieką taty i miał on możliwość podania wcześniej ściągniętego mleka. Przy karmieniu mlekiem modyfikowanym też właściwie wystarczy jedna butelka. Myjemy ją ręcznie i kupno większej ilości powoduje, że wyciągamy z szafy czystą zamiast umyć butelkę używaną trzy godziny wcześniej. 
Poduszka do karmienia - wygodna rzecz, aczkolwiek ja od rogala do karmienia wolałam konstrukcję z moich poduszek dekoracyjnych. Każda mama musi znaleźć najwygodniejszą dla siebie i dziecka pozycję. Znam mamy karmiące głównie na leżąco, takie co łapały dziecko od boku, na stosie poduszek lub bez jakiejkolwiek - to kwestia indywidualna.
Podgrzewacz do butelek - przy podawaniu mleka modyfikowanego na pewno wygodne, choć nigdy nie używałam, a Tomka od 4 miesiąca karmię MM (mlekiem modyfikowanym) i do dziś wstajemy w nocy. Małą ilość wody można podgrzać w mniej niż minutę, dlatego nie czułam potrzeby zakupu.
Sterylizator do butelek - moim zdaniem zbędne urządzenie, gdyż zajmuje miejsce, a tak samo dobrze działa garnek z wrzącą wodą.
Woreczki do mrożenia mleka - przydatne, używałam ich, kiedy zostawiałam Kubę u rodziców.  Zajmują mało miejsca w zamrażarce. Można też używać moczówek, wielorazowo, co będzie lepsze dla środowiska.

Czego potrzebujesz do przewinięcia dziecka?


Dziecka, pieluchy, wody i mydła. To niezbędne minimum. Poniżej znajdziesz listę rzeczy, które znacznie ułatwiają życie, mogą się przydać lub są zupełnie zbędne, o czym przekonasz się czytając.

Przewijak - osobny lub na łóżeczko - kwestia gustu, miejsca i preferencji, ale na pewno warto wydać te 25 zł na przewijak, bo pochylanie się do kanapy lub łóżka to istna męczarnia dla kręgosłupa. Nie da się tak wytrzymać na dłuższą metę. 
Pampersy - jeśli wydaje Ci się, że wózek za 3000 zł jest drogi to uświadom sobie, że na pampersy prawdopodobnie wydasz więcej. Idą tonami! Możesz zdecydować się na wielorazowe żeby trochę odciążyć naszą planetę i swój portfel. Choć jednorazówki to niesamowita wygoda. Używaliśmy pieluch jednorazowych firmy Pampers, Dada (Biedronka), Toujours (Lidl) i jeszcze chyba Rossmannowskich - po żadnych dzieci nie miały odparzeń i do teraz używam ich na zmianę, najczęściej Dady i Pampersa, bo rzadko robię zakupy w Lidlu. Tak szczerze mówiąc to biorę najtańsze, bo to pieniądze wyrzucane w błoto czy też w kupę - nie ma co ukrywać. Chłonność na podobnym poziomie, w nocy potrafiły przesiąknąć niezależnie od marki. Rozwiązaniem jest przewinięcie dziecka w środku nocy ;-) Ale czasem lepiej nie ryzykować, czyli nie ruszać śpiącego dziecka.
Pieluchy tetrowe - kupiłam 20 pieluch, bo wyczytałam, że to niezbędne minimum. Na dość popularnym blogu przeczytałam ostatnio, że rodzice zużyli 50 pieluch tetrowych. Ja w rezultacie używałam 5 ładnych pieluch z wzorkami (pierwsze zdjęcie) - nasze dzieci praktycznie nie ulewały, dlatego pieluszki służyły np. jako kocyk w środku lata lub jako podkład. Dlatego nie róbcie zapasu, zawsze możecie dokupić większą ilość.
Mokre chusteczki - kupowałam chusteczki wielu firm. Najczęściej Cleanic - w sklepie, w którym robię zaopatrzenie 2,99zł - ładny zapach i odpowiednie nawilżenie. Na jedne chusteczki Kuba miał alergię, ale to dlatego, że jest uczulony na popularny i łagodny konserwant (dopuszczony nie tylko do kosmetyków, ale też do żywności). Był też okres, że używałam zmoczonych płatków kosmetycznych lub myłam chłopaków pod kranem, ale chusteczki to wygoda, szczególnie poza domem. 
Zasypka - nigdy nie używałam - to moim zdaniem relikt, ale pojawia się na listach wyprawkowych w sieci. Dla dziewczynek niezalecana, ale ja nie używałabym niezależnie od płci.
Sudocrem - w zeszłym miesiącu wyrzuciłam pół opakowania Sudocremu, który kupiłam przed narodzinami Kuby, czyli prawie trzy lata temu. Miałam opakowanie 125 g. Słyszałam, że to ilość, która wystarczy mi na miesiąc, może dwa. Okazuje się jednak, że gdyby nie data ważności to mogłabym ją mieć w domu 6 lat. Nie ma reguły. Niektórzy smarują pupę po każdym przewijaniu, ja robiłam to jedynie, gdy była zaczerwieniona, czyli naprawdę sporadycznie. Prawdziwie odparzoną pupę miał jeden raz Tomek podczas choroby. Wtedy Sudocrem był niezastąpiony.
Maść do smarowania pupy - występuje na listach wyprawkowych zaraz obok Sudocremu. Moim zdaniem jedno albo drugie - po co powielać produkty o tej samej funkcji. Mieliśmy jedną maść - Bepanthen. Dostaliśmy w prezencie, polecam z czystym sumieniem. Ma przyjemniejszą konsystencję od Sudocremu, nie jest taka tłusta i biała. Dodatkowo może być używana do smarowania podrażnionych, na początku karmienia, brodawek. Nie trzeba jej zmywać przed karmieniem.
Podkłady do przewijania - jednorazowe podkłady, rewelacyjna sprawa do zabrania w podróż. Nie jestem typem rodzica, który nie pozwoli dziecku zjeść paluszka, który spadł mu na podłogę w domu, jednak nigdy nie kładłam dzieci na przewijaki w miejscach publicznych (szczególnie w przychodni) bez podkładu. W domu też czasem mi służyły. Jednak nie traktowałam ich nigdy jednorazowo, no chyba, że od razu się wybrudziły.
Hermetyczny kosz na pieluszki - dla mnie zbędny gadżet, wyrzucamy śmieci na tyle często, że gromadzenie pampersów w osobnym koszu było dla mnie nielogiczne. Pamiętam też, że kiedy gromadziłam wyprawkę dla Kuby to w sklepie był jeden taki kosz i miał cenę ok. 300 zł. Teraz można kupić hermetyczny kosz za 60 zł. Choć dużo niższa cena nie powoduje, że dziś bym go zakupiła.
Paklanki - jednorazowe, mocno zapachowe woreczki do zużytych pieluszek. Przydają się, kiedy przewijamy dziecko poza domem i pod ręką nie mamy kosza na śmieci. Paczka wystarczyła mi na dwójkę dzieci i nadal jeździ z nami samochodem.



Czego potrzebujesz do pielęgnacji noworodka? Kąpiel i kosmetyki.


Wanienka - uwielbiam wanienkę z Ikea, ponieważ jest niewielkich rozmiarów, głębsza niż tradycyjne wanienki, a ponadto przy jej przenoszeniu trudniej rozlać wodę. Ma antypoślizgi w środku i pod spodem. Kuba (lat prawie 3) do dziś mieści się w niej bez problemu. Popularne są też wiadra kąpielowe, ale ich minusem jest fakt, że dziecko szybciej z nich wyrasta.
Stojak do wanienki - bardzo wygodna rzecz, jeśli nie mamy innego miejsca na postawienie wanienki. My korzystaliśmy z niskiej komody, kilka razy ze stołu w salonie, ale najczęściej ustawiałam wanienkę na naszej umywalce (lub kąpałam Tomka w umywalce, bo Kuba zajmował wanienkę). Jeśli nie macie możliwości ustawienia wanienki na komfortowym (dla Was!) poziomie to kąpiel przyniesie Wam ból kręgosłupa.
Ręcznik z kapturem - nie jest koniecznością, ale jest zdecydowanie wygodniej zarzucić maluszkowi kaptur na główkę, szczególnie, że po wyjściu z wody momentalnie robi mu się zimno. Moja rada: od razu kup duże ręczniki z kapturem (bodajże 100 x 100) niż te 60 x 60 dla noworodków. Te drugie sprawdzą się jedynie na samym początku, a przecież nie wymieniamy ręczników co kilka miesięcy. Poza tym ręczniki muszą być przynajmniej dwa. Kiedy będziecie wycierać dziecko po kąpieli, na pewno niejednokrotnie obsika siebie, Was i ręcznik.
Emulsja do kąpieli / żel do kąpieli / szampon do włosów - na kosmetykach, z racji mojego zawodu, naprawdę się znam, dlatego bez skrupułów napiszę Wam, że... Po pierwsze: emolienty zostawcie na kąpiel, kiedy będzie wyraźna potrzeba typu atopowe zapalenie skóry, aby ich używać. Jeśli dziecko z jakiegoś powodu ma przesuszoną skórę to i tak lepiej kąpać je w emolientach co kilka dni niż codziennie. Mam w domu dwóch alergików z naprawdę paskudnymi problemami skórnymi. W emolientach kąpię ich sporadycznie, ponieważ lepiej działa kąpiel w wodzie z dodatkiem mąki ziemniaczanej, a przede wszystkim odpowiednia pielęgnacja po kąpieli. Kontakt z kosmetykiem do mycia dziecko ma tylko przez chwilę, kosmetyk jest spłukiwany i nie zostaje na skórze, dlatego jeśli nie zauważamy reakcji alergicznej to nie ma powodu do używania kosmetyków super naturalnych bez wszystkiego. My używaliśmy Nivea, Mustela i Bobini. Nivea ma dobrą cenę i wygodną butelkę, a poza tym mam do niej dostęp w sklepach, w których robię zakupy, dlatego nie szukam dalej. Nie chcę też testować nowych rzeczy, ponieważ na co dzień borykam się z problemami skórnymi i kolejna zmienna nie jest mi potrzebna.
Oliwka / emulsja do ciała - nie lubię oliwki, ale używałam jej do masażu Shantala, emulsji używałam w pierwszym roku życia Kuby, jedynie, kiedy pojawiały się problemy skórne. Nie ma potrzeby smarowania dziecka codziennie jeśli skóra jest w dobrej kondycji, czyli nieprzesuszona, bez pęknięć itd. Teraz muszę smarować skórę dzieci codziennie maścią robioną w aptece, ponieważ mają alergię na sporo rzeczy, U Tomka nawet do końca nie wiemy na co...
Szczotka do włosów - nawet jeśli dziecko jest prawie łyse warto je "czesać", ponieważ zabieg ten poprawia ukrwienie skóry głowy.
Nożyczki / cążki do paznokci - kwestia preferencji - ja obcinam nożyczkami, M. cążkami.
Termometr do kąpieli - rzecz przydatna, kosztuje kilka złotych. Można też sprawdzać wodę łokciem, chyba że zawodzi Was tak samo jak mój - dla niego 32℃ to 36℃, a 48℃ to 40℃.
Frida / aspirator do noska / katarek - używaliśmy zwykłego aspiratora, ponieważ ten nakładany na odkurzacz wydawał mi się bestialską metodą usuwania zalegających glutów. Tylko, że zwykły aspirator przestał się sprawdzać przy pierwszym prawdziwym katarze, był fajny do wyciągnięcia jakiejś zasuszonej "żaby", ale używanie go przy katarze było sadyzmem. W dodatku z marnymi efektami. Kuba płakał strasznie, a ściąganie kataru trwało dość długo. Aspirator do odkurzacza podłączamy na 15 sekund i w tym czasie ściągamy cały zalegający katar. Testowałam na sobie i niestety siła ssąca jest zbyt mała, nie poradziła sobie z moim katarem, dlatego nie ma obaw, że razem z katarem pozbawimy nasze dziecko części mózgu.
Patyczki do uszu i waciki - raczej obecne w każdym domu. Patyczki sprawdzą się w pierwszych dniach do czyszczenia pępka, a później do ucha. Zaleca się nie czyścić ucha patyczkami, jednak ja wolę zebrać brud patyczkami z małżowiny, przecież wiadomo, że nie grzebie się nimi w czeluściach ucha. Waciki tj. płatki kosmetyczne w pierwszych miesiącach służyły do przemywania buźki, a w szczególności oczu.
Gąbka / myjka - jestem przeciwnikiem wszelkich gąbek i myjek. Jak dla mnie to siedlisko bakterii, bo mają w nich idealne warunki do rozwoju. Nie używam niczego takiego, ale gdybym miała się na coś zdecydować to chyba na pociętą na mniejsze kawałki pieluchę tetrową - szybko schnie, a dodatkowo można ją wyprać w wysokiej temperaturze.

Czego potrzebujesz żeby Twoje dziecko przesypiało całą noc?


Cudu potrzebujesz... A tak naprawdę to czasu i cierpliwości. Kiedyś nadejdzie ten piękny dzień - obudzi Cię słońce, a Ty uświadomisz sobie, że przespałaś całą noc i z przerażeniem pobiegniesz do pokoju dziecka sprawdzić czy oddycha. Kuba pierwszy raz zafundował nam to zjawisko mając trochę ponad miesiąc. Spał od 19 do 6 do 4 miesiąca życia, a wtedy jeden raz, za radą pediatry, obudziłam go na karmienie. Bo taki chudziutki był... No i kolejną noc przespaną mieliśmy jak skończył 8 miesięcy. Od tego czasu przesypia noce. Tomek (rok i prawie 3 miesiące) budzi się do dziś.



Łóżeczko z materacem - to chyba nie wymaga dodatkowego opisu.
Ochraniacz na szczebelki - niektórzy się go obawiają, jednak przy naszych dzieciach był konieczny, ponieważ w nocy wciskają głowy w szczebelki, machają kończynami na wszystkie strony... Ochraniacz trochę amortyzuje te harce.
Prześcieradło na gumce - 2 sztuki przynajmniej. Osobiście wolę bawełniane, ponieważ frotte szybko się niszczą i wyglądają jakby były brudne. Przynajmniej te w białym kolorze.
Podkład pod prześcieradło - chroni materacyk, choć ogranicza przepływ powietrza. Jeśli dziecko sporo ulewa to wtedy warto podłożyć pod prześcieradło podkład, ponieważ rozkładające się mleko w materacyku będzie miało naprawdę nieprzyjemny zapach.
Kocyk - grubszy i cieńszy - nasze dzieci na początku spały pod kocykami, ponieważ dokładniej otulały ich małe ciałka w porównaniu do sztywnych kołderek.
Rożek - chciałabym powiedzieć, że niezbędny, ale to chyba informacja zakodowana w mojej głowie bez przemyślenia, gdyż przy Tomku właściwie nie korzystaliśmy z rożka - wolałam kocyki. Jednak rożek ma taki plus, że jest sztywny, dziecko trzymamy w nim pewniej i z mniejszymi obawami. Jest grubszy niż kocyk, dlatego bardziej grzeje.
Kołderka i poduszka - naturalne lub syntetyczne. Jak kto woli.
Pościel - dwie zmiany. Pierwszą pościel zamówiłam przez Internet - na zdjęciu była przepiękna. Na żywo okazało się, że jest z najgorszego możliwego gatunku bawełny: cienka, dość sztywna, szybko się spiera. Kolejne pościele kupiłam w Ikea oraz w lokalnym sklepie z wszystkim dla dzieci - Tygrysku. Pościel ze zdjęcia kosztowała 30zł, od roku jest moją ulubioną.
Poduszka klin - nigdy nie używaliśmy. Zamiast niej stosowałam np. zrolowany kocyk.
Monitor oddechu - również nie używaliśmy. Wiele osób tylko dzięki niemu potrafi zasnąć spokojnie, inne mają monitor i wyłączają go, gdyż urządzenie alarmuje w niewłaściwych momentach. To kwestia indywidualna. Jeśli ma Wam zapewnić spokój to warto kupić.
Niania elektroniczna - jeśli macie duży dom lub planujecie podróże to niania jest niezastąpiona. Jeśli śpicie w oddzielnych pokojach położonych na tym samym piętrze i nie zamykacie drzwi na noc to nie ma potrzeby używania niani. Przy Kubie używaliśmy jej codziennie przez ponad rok. Przy Tomku na początku zapomnieliśmy, że mamy nianię i nagle okazało się, że jest potrzebna tylko na wyjazdy lub kiedy latem wieczorem wychodzimy do ogrodu.
Smoczek - na pewno nie jest konieczny w wyprawce. Można się obejść bez niego, a czasem choć rodzice bardzo chcieliby go użyć to dzieci są zagorzałymi przeciwnikami i mimo prób ze strony rodziców i zakupu wszystkich smoczków dostępnych na rynku dziecko nie chce smoczka. U nas jedno i drugie dziecko jest smoczkowe. Co prawda u Kuby smoczek służył tylko do usypiania. Kiedy Kuba miał rok i 4 lub 5 miesięcy w dwa wieczory rozstał się ze smoczkiem. Tutaj ważna jest wytrwałość rodzica ;-)

łóżeczko dziecięce

Spacery i podróże z dzieckiem - co będzie Ci potrzebne.



Fotelik samochodowy (opcjonalnie z bazą) - to moim zdaniem jedna z dwóch rzeczy, w które warto zainwestować. Ma chronić dziecko, zapewniać mu bezpieczeństwo. Nieistotne czy jeździsz samochodem codziennie czy raz w miesiącu do lekarza - wypadek, jak sama nazwa wskazuje, jest zdarzeniem nagłym i fakt, że Ty jesteś super kierowcą może tu niczego nie zmienić. Jeśli masz okrojony budżet (foteliki są drogie) poszukaj używanego fotelika na olx. 
Wózek gondola - wszystko zależy od Waszego trybu życia, ale moim zdaniem to druga rzecz w wyprawce, przy której nie warto oszczędzać i lepiej kupić lepszy wózek używany niż kiepski nowy. Nie napiszę Wam jaki wózek jest najlepszy, bo używałam tylko dwóch: Maxi Cosi i X-landera W poście o niemowlaku w górach znajdziecie trochę informacji na temat tych wózków, a przede wszystkim jak sobie radziły w terenie. Zastanówcie się jak będzie wyglądał Wasz macierzyński i w ten sposób wybierzcie wózek dla siebie. Nasz wózek przeszedł setki kilometrów - z Kubą wychodziłam na spacer prawie codziennie, latem potrafiłam wyjść z domu o 10 i wrócić o 18! Cały ten czas spędzałam w parku. Jeździliśmy po plaży i wiele razy po lesie. Sprawdził się w mieście i na wsi. Miałam kilka drobnych zastrzeżeń (np. kosz na zakupy był w Maxi Cosi za mały, X-lander zdecydowanie wygrywa w tym temacie), ale widziałam, że w nowej wersji te rzeczy są już poprawione (poza wspomnianym koszem, nadal jest mały). 
Folia przeciwdeszczowa - najczęściej dołączona do wózka, dlatego nie kupujcie osobno uniwersalnej.
Moskitiera - również dołączona do wózka i fotelika. W niektórych wózkach jest ukryta w specjalnej kieszonce, dlatego sprawdźcie dokładnie. Moja przyjaciółka odkryła moskitierę oddając wózek :-)
Śpiworek do wózka - od jesieni do wiosny rzecz bardzo przydatna.
Prześcieradło do wózka - ja używałam dużej pieluszki flanelowej, bo podobał mi się wzór w drobne gwiazdki, ale prześcieradło na gumce nie będzie się zsuwać.
Torba do wózka - to torba nie tylko dla dziecka, ale przede wszystkim dla mamy. Będzie Twoją torebką przez rok lub dłużej, dlatego warto wybrać jakiś wygodny model. Od razu odrzućcie torby, które mają tylko klapę. Zamek musi być, bo te torby niejednokrotnie nosi się wypchane po brzegi. Miałam torbę z klapą (widoczna na zdjęciu z gór), jednak po kilku miesiącach zamieniłam ją na torbę od laptopa (niebieska torba na jednym ze zdjęć). Zgrabna i bardzo pakowna. Gdybym teraz kupowała torbę to wybrałabym Skip Hop lub zaszalała i wybrała Lassig Green Label. Z tą drugą mogłabym śmiało chodzić również bez dziecka w pakiecie.
Parasolka do wózka - kupiłam, mam, mogę oddać. Wolałabym kupić 3 kawy z McDonald's. U nas się nie sprawdziła. Może dlatego, że dużo spacerowałam po parku, a tam krótkie alejki i ciągle zmieniałam kierunek jazdy, a tym samym musiałam zmieniać ustawienie parasolki.
Chusta / nosidło - używałam obu i.... Zdecydowanie wolę chustę. Moim zdaniem dziecko jest w niej tak komfortowo do nas przytulone, że nie czuć jego ciężaru tak mocno jak w nosidle. Podczas pierwszych wakacji Kuby (miał 4 miesiące) zwiedziliśmy naprawdę sporo miejsc i Kuba każdego dnia spędzał w chuście kilka godzin. Z Tomkiem w chuście też zrobiłam trochę kilometrów - gdy ważył 9kg zrobiliśmy sobie spacer z Morskiego Oka (po ciemku!) i dzięki opatuleniu w chustę i mi i jemu było ciepło. Z kolei za każdym razem, kiedy pakowałam Kubę w nosidło (plus nosidła, że zakłada się je w 10 sekund) dużo szybciej się męczyłam i bardziej bolały mnie plecy. 

Co powinno znaleźć się w domowej apteczce?


Choć większość z nas ma aptekę całodobową w zasięgu to uważam, że jest pewne minimum, które w domu mieć należy, szczególnie przy małym dziecku.

Termometr - mamy już drugi termometr bezdotykowy i aktualnie służy nam jedynie do pomiaru temperatury wody podczas przygotowywania mleka modyfikowanego. Niestety precyzyjność pomiaru i niepowtarzalność wyników są jak dla mnie tragiczne. Zdarzyło się, że Kuba miał prawie 39℃, a termometr wskazywał 37,8℃. Dlatego używamy zwykłych termometrów elektronicznych pod pachą lub w pupie. Przepraszam! Nie takich zwykłych! Nasz kosztował 100zł, gdyż nabyliśmy go w ramach przedmałżeńskiego kursu przygotowania do życia w rodzinie. Ten sam termometr kosztuje na allegro 12,90zł. Pewnie nie jest tak świetny jak ten z kursu, ale producent zapewnia, że dokładny ;-)
Witamina D3 - u niemowląt suplementowana niezależnie od pory roku. Dostępna w kroplach, kapsułkach i aerozolu - ostatnia to moim zdaniem najwygodniejsza forma.
Witamina K - występuje na listach wyprawkowych, ale w 2018 roku zadecydowano, że będzie ona podawana jednorazowo w formie zastrzyku w szpitalu, dlatego nie musicie jej kupować.
Sól fizjologiczna w ampułkach - do przemywania oczu dziecka, czyszczenia nosa, wypłukania rany oraz (a u nas jedynie) do inhalacji.
Octenisept - używałam do pielęgnacji kikuta pępowinowego, ale słyszałam, że teraz zaleca się "suchą pielęgnację". Dodatkowo Octenisept przydał mi się do higieny krocza zanim położna ściągnęła mi moje dwa szwy.
Spirytus do przemywania pępka - tak, tak, pojawia się na listach, nie jest potrzebny.
Czopki / leki przeciwgorączkowe - nie zakładamy, że nasze maleństwo zachoruje, jednak dla świętego spokoju lepiej mieć w domu czopki. Do trzeciego miesiąca niemowlę może przyjmować jedynie leki na bazie paracetamolu. Dopiero po ukończeniu trzeciego miesiąca można zbijać gorączkę lekami na bazie ibuprofenu. Oba występują również w syropach. Czopki mają szybsze działanie, ale u nas skutkiem ubocznym była kupka w ciągu kilku minut. Zawsze główkowałam czy czopek zdążył zadziałać. Z tego powodu dość szybko przeszłam na leki przeciwgorączkowe w płynie. O sposobach postępowania i dawkach poczytacie u Mamy Ginekolog: Kalkulator objętości syropu przeciwgorączkowego oraz Wszystko o gorączce - to dwa linki, które warto dodać sobie do zakładek w telefonie.
Czopki glicerynowe - pojawiają się na listach wyprawkowych, ale nie warto od razu się w nie zaopatrywać. Do 6 tygodnia dziecko robi kupkę kilka razy dziennie, potem zaczyna się to personalizować i przerwa może wynosić nawet 10 dni. Wszystko na temat kupek u Hafiji - niejednokrotnie korzystałam z Jej wiedzy.
Inhalator - urządzenie, które na pewno nabędziecie z czasem. Dla nas inhalator to pierwsza metoda leczenia przy prawie każdej chorobie i jak do tej pory sprawdza się wyśmienicie. Bez antybiotyków pokonaliśmy niejednokrotnie zapalenie oskrzeli i inne choróbska.

Co jeszcze może znaleźć się w wyprawce?


organizer niemowlęcy

Organizer na łóżeczko lub na komodę. Warto mieć jakiś poręczny kosz, w którym umieścimy najbardziej potrzebne rzeczy, aby były obok nas przy przewijaniu, przebieraniu lub nawet pojechały z nami w podróż. Najlepiej z przegródkami. Organizer ze zdjęcia pochodzi z Ahoj Baby
Lampka ze słabą żarówką - pojawia się na listach wyprawkowych, ale to chyba logiczne, że podczas nocnego karmienia nie włączamy największego światła i dodatkowych halogenów. Czy do spania trzeba zostawiać dziecku światło? My wyłączamy światło i nasze dzieci nie mają z tym problemu, ale to dlatego, że są do tego przyzwyczajone. Gdybym zostawiała im włączone światło kiedyś to teraz też bym musiała i nie ma w tym nic złego. To kwestia indywidualna i zależna od Was. Chyba, że są jakieś badania, że lepiej spać w warunkach a lub b ;-)
Karuzela nad łóżeczko - nie jest to punkt obowiązkowy, ale bardzo fajna rzecz! Ile można patrzyć w biały sufit. 
Szumiś - Tomek dostał szumisia, ale nie zauważyliśmy żeby go jakoś specjalnie wyciszał lub usypiał. Do usypiania używaliśmy... ustalonego rytmu dnia.

To już wszystko. Jeśli macie jakieś pytania lub uwagi to piszcie. Jeśli uważacie, że coś trzeba dopisać do tej listy to też dajcie znać. I koniecznie napiszcie co u Was było numerem jeden, co się nie sprawdziło, jakiego wózka używaliście itd....  :)

Uściski,
A.


1/28/2019

Jakie ubranka kupić dla noworodka? Wyprawka cz. 1.

Jakie ubranka kupić dla noworodka? Wyprawka cz. 1.
Ten wpis miał być kompleksowym postem na temat wyprawki dla noworodka, jednak zagadnienie jest tak obszerne, że postanowiłam podzielić je na trzy posty. Pierwszy, dzisiejszy, będzie dotyczył zawartości szafy malucha. W kolejnym napiszę Wam wszystko na temat reszty wyprawki, czyli wszelkich akcesoriów potrzebnych do spania, karmienia i podróżowania. W ostatnim dostaniecie listy do druku - wyprawka dla noworodka i lista rzeczy do szpitala. 

Inspiracją do tego tematu jest fakt, że znowu powiększa nam się rodzina! Nie, nie! Nie jestem w ciąży, ale będę ciocią :-) Ostatnio rozmawiałam z moją szwagierką na temat wyprawki dla kabaczków i przypomniałam sobie jak trzy lata temu z przerażeniem patrzyłam na długie wyprawkowe listy ściągnięte z Internetu, które ostatecznie skonsultowałam z moją przyjaciółką. Ola wykreślała mi co którąś pozycję tłumacząc co, jak, dlaczego.
Teraz dzielę się z Wami niezbędną wiedzą uzupełniając ją o moje przemyślenia. Stworzyłam jedną długą listę wyprawkową na podstawie list dostępnych na najpopularniejszych portalach i zaznaczyłam co MOIM zdaniem jest potrzebne.

Jakie ubranka dla noworodka?


W ciąży z Kubą nie wariowałam od początku... Po naszych wcześniejszych problemach z utrzymaniem ciąży czekaliśmy na moment, w którym będziemy spokojni i pewni. Dlatego dopiero po USG połówkowym pojechaliśmy do H&M i kupiliśmy pierwsze ubrania. Wybraliśmy pięcioczęściowy zestaw: czapka + body z długim rękawem + pajacyk + spodenki + bluzka z krótkim rękawem. Wiecie - słodkie, śliczne i malutkie. Bardzo malutkie, bo kompletnie nie znając się na rozmiarówce wzięliśmy 50. I chwilę później usłyszeliśmy, że możemy od razu w karton zapakować, bo w 50 to tylko wcześniaki chodzą.
Wprowadzając w temat przyszłe mamy napiszę, że ubranka dla dzieci przeskakują co 6 i zaczynają się standardowo od rozmiaru 56. 50 są zarezerwowane dla wcześniaków i mikrusów. 44 to prawdziwe wcześniaki. Niektóre dzieci zaczynają od 62. Kuba urodził się w 39 tygodniu, ważył niewiele ponad 3 kg i w 50 chodził przez prawie dwa miesiące! W rozmiar 62 wskoczył po 4 miesiącach.

Standardowo rozmiarówka wygląda tak:

56 - 62 0 - 3 miesiąc
62 - 68 3 - 6 miesiąc
68 - 74 6 - 9 miesiąc

I większość wpasowuje się w te widełki, dlatego warto zachować umiar, bo nie licząc Kuby wszystkie dzieci wyrastają z tych małych ubranek momentalnie. Jeśli okaże się, że czegoś Wam brakuje to w każdej chwili możecie zrobić zakupy przez Internet. Poza tym może się okazać, że któraś forma odpowiada Wam bardziej, dlatego po co mieć 10 śpiochów i 10 pajacyków, kiedy będziecie używać tylko jednych.

Jakie ubranka dla noworodka?


Szeroki wachlarz wyboru ubranek znajdziecie na stronie Domodi. Rzeczy dla Malucha możecie wybierać wśród licznych marek w różnych cenach.

Co i w jakiej ilości powinno znaleźć się na liście?

Wyprawka dla noworodka


Oto zestawienie ubrań dla noworodka wg ilości z list znalezionych w sieci (przekreślone) w stosunku do mojej wyprawki. I to jest minimum na początek! Jak już będziecie wiedzieć co najbardziej lubicie ubierać dziecku możecie dokupić tego więcej. W komentarzu Agata napisała, że miała 10 pajacyków, gdyż głównie to nosił Jej synek. Moja kuzynka wcale nie ubierała dzieciom pajacyków. Dlatego zaopatrzcie się w minimum, a resztę możecie uzupełnić zakupami przez Internet :-)

Body z krótkim rękawem  8 szt.  5 szt. jeśli dziecko ma się urodzić latem, Tomkowi (dziecko grudniowe) nie ubierałam praktycznie wcale, bo tworzyło się zbyt wiele warstw :)
Body z długim rękawem 6 szt. - u nas podstawa ubrania, na początek polecam body kopertowe, czyli niezakładane przez głowę.
Bluzki z krótkim rękawem 4 szt. - dostaliśmy ponad 10 bluzek w prezencie, rozmiary 50-62. Większości z nich Kuba nigdy nie ubrał, Tomek jako dziecko z grudnia tym bardziej w pierwszych miesiącach nie nosił bluzek z krótkim rękawem. Szykując wyprawkę pominęłabym je całkowicie. Przydać się mogą jedynie w wielkie upały, jednak ja zdecydowanie wolałam bodziaki bez rękawów, gdyż leżącym dzieciom bluzeczka cały czas się podwija. 
Bluzki z długim rękawem 6 szt.  4 szt., 6 to raczej za dużo. Ja najczęściej wybierałam body z długim rękawem i na wyjście z domu dokładałam bluzę, jeśli wolicie ubierać dzieci w wiele warstw i decydujecie się na body z krótkim rękawem to bluzki będą konieczne.
Kaftaniki - 4 szt. - czyli zapinane lub wiązane bluzeczki - jeśli kupujecie bluzki ubierane przez głowę to automatycznie nie kupujcie kaftaników. Jednak kaftaniki są zdecydowanie wygodniejsze od bluzek przy małych kabaczkach. Niedoświadczeni rodzice docenią podwójnie, bo na początku zakładanie ubrań bywa stresujące.
Pajacyki cienkie - 6 szt. 4 szt. - u nas pajacyki to najwygodniejsze piżamy, ale niektóre mamy nie cierpią ilości guzików / zatrzasków i nie używają ich wcale. Nie lubię tylko tych z odpinaną kieszenią na pupie - podobno wygodne przy przewijaniu, ale u nas się nie sprawdziło, raczej było utrudnieniem.
Pajacyki grube - 2 szt. 1 szt. ciepły, polarkowy lub futrzasty pajac typu miś. U nas służył jako ubranie wierzchnie.
Śpiochy - 7 szt. - nigdy, naprawdę nigdy moje chłopaki nie nosiły śpiochów, dużo wygodniej moim zdaniem ubrać do bodziaka spodenki lub półśpiochy. 
Półśpiochy 2 szt.  3 szt. czyli spodenki połączone ze skarpetkami - bardzo wygodne dla niepełzających i nieraczkujących dzieci. Do pary z bodziakiem tworzyły u nas kompletny ubiór w pierwszych miesiącach. Lepsze od spodni, bo chłopaki non stop zrzucali skarpetki, choć u Kuby latem się tym nie przejmowałam.
Bluzy / swetry 2 szt. 3 szt. bo uleje, bo uleje i bo uleje - nagle nie ma czego ubrać na spacer :-)
Spodenki 4 szt. - ilość łącznie z półśpiochami, ponieważ ich funkcja jest identyczna.
Cienkie czapeczki 2 szt. - są dodawane do połowy zestawów, więc i tak uzbieracie ich więcej. 
Rękawiczki niedrapki 2 pary 1 para - używaliśmy tylko w szpitalu, ale rok temu przy Tomku usłyszeliśmy od położnej, że teraz zaleca się nie ubierać rękawiczek i tak zrobiliśmy. Zawsze można ubrać skarpetki. 
Skarpetki - 4 pary chyba wystarczą na te małe, niepocące się nóżki, szczególnie, że w większości będą ściągnięte - dzieci mogłyby brać udział w zawodach w ściąganiu skarpetek na czas.
Rajstopki - 4 pary jeśli dziecko ma się urodzić w zimniejszej części roku.
Kombinezon - u nas prawdziwy, gruby kombinezon pojawił się w garderobie dopiero w tym roku. Kiedy byli mali ubierałam ich warstwowo i w cieplejsze pajacyki. Głównym powodem było to, że nie chciałam ich wozić w kombinezonie w foteliku (zaleca się ściąganie kurtek i kombinezonów). Sprawdzało się idealnie i nie chorowali :-)
Buty - 1 para miękkich, ocieplanych (zimą) butów
Gruba czapka, komin lub szal i rękawiczki - zestaw zimowy

A jak było u Was? Wariactwo czy umiar? Kto szalał na zakupach? Co się sprawdziło, a co kompletnie nie zdało egzaminu?

To tyle, wypatrujcie posta w przyszłym tygodniu!

A.





11/27/2018

Na co zwrócić uwagę kupując działkę pod budowę domu?

Na co zwrócić uwagę kupując działkę pod budowę domu?
W maju zeszłego roku opublikowałam tekst o moim marzeniu o domku na końcu świata. Napisałam wtedy: "dom zbudujemy za kilkanaście lat. Chciałabym przeprowadzić się na wieś, w miejsce, gdzie będę hodowała truskawki i maliny, rano jadła śniadanie w ogrodzie, a wieczorem leżała na trawie i obserwowała gwiazdy. O tak, na naszym końcu świata będę widziała gwiazdy na niebie."
Naprawdę tak myślałam! Nie sądziłam, że kilkanaście lat zmieni się w kilkanaście miesięcy. Ciężko mówić o spontanie w przypadku decyzji o budowie domu, ale mam wrażenie,  że u nas naprawdę tak było. Nie mamy pojęcia jak to się stało, ale najprawdopodobniej tak:

Nasi przyjaciele szukali działki. Kręcili się wokół Gdańska, potem sprawdzali gdyńskie sypialnie. Kluczyli po okolicach Trójmiasta nie mogąc znaleźć miejsca idealnego, a wiadomo, że ciężko iść na ustępstwa, bo dom, w założeniu, buduje się jeden. Kiedy lokalizacja jest idealna cena rośnie. Tu za dużo cienia, tam za mało lasu, za blisko sąsiedzi, za daleko do sklepu, za blisko śmietniska w Szadółkach, bez komunikacji miejskiej, słychać samoloty, nie ma asfaltu i tak bez końca. Powiedziałam im o atrakcyjnym pod względem ceny i krajobrazu miejscu położonym na obszarze, którego nawet nie brali pod uwagę. Ba! Nawet nie wiedzieli gdzie to jest. Zakochali się w tej wsi spokojnej i oddalonej od Trójmiasta o 25 kilometrów momentalnie i w moje urodziny (listopad) zostali właścicielami działki kilka minut od moich rodziców. W grudniu nasi drudzy przyjaciele dołączyli do grona właścicieli ziemskich i myślę, że to była iskra, która spowodowała, że my również zaczęliśmy rozglądać się za działką.

Na co zwrócić uwagę kupując działkę budowlaną?

Wybór miejsca, w którym postawimy dom to bardzo indywidualna sprawa. Praca, szkoła, zajęcia dodatkowe dzieci. Miasto czy wieś? Każdy ma inną listę priorytetów i to ona zdefiniuje nam obszar, w którym poszukiwać będziemy naszego miejsca na Ziemi. Jednak są rzeczy, na które w każdym przypadku warto zwrócić uwagę.

Szukając działki prawdopodobnie macie już jakąś wizję domu. Mały, duży, nowoczesny, tradycyjny, parterowy, piętrowy itd.... Dlatego gdy znajdziecie działkę sprawdźcie jak wyglądają domy w okolicy. Raczej nie postawicie w tej okolicy dwupiętrowej landary o elewacji frontowej 20m, jeśli całe osiedle to parterowe domki o powierzchni 120m2. Jak sprawdzić jaki dom można postawić na danym terenie? W Starostwie dowiecie się czy działka jest objęta miejscowym planem zagospodarowania. Jeśli nie - po zakupie działki i przed uzyskaniem pozwolenia będziecie musieli wystąpić o warunki zabudowy (WZ). My byliśmy właśnie w takiej sytuacji. Wiedzieliśmy czego mniej więcej się spodziewać, ponieważ znaliśmy warunki zabudowy sąsiadów. Na WZ czekaliśmy prawie trzy miesiące. W międzyczasie wybraliśmy projekt domu dopasowując go do WZ sąsiadów. Nie było łatwo - większość projektów zwyczajnie nie mieściła się w granicach wytyczonych przez WZ. Jedynym warunkiem M był dwustanowiskowy garaż i z tego względu 95% projektów odpadała w przedbiegach.

Nawet jeśli zauroczyła Was działka sprawdźcie otoczenie. Ciężko przewidzieć wszystko, ale na niektóre rzeczy można zwrócić uwagę. Pies w klatce wyjący cały dzień, zakład produkcyjny, a może zaniedbane, zagracone podwórko? Jasne, to już nie nasz teren, ale jeśli nieprzyjemny widom mamy od południa to nie będziemy chcieli zasłaniać go wysokimi drzewami, by nie stracić słońca, a siedzenie na tarasie i obserwowanie wyjącego ze smutku psa nie będzie przyjemnością. Wiadomo, że nie weźmiemy pod uwagę wszystkiego i jeśli znajdziemy miejsce pod prawie każdym względem idealne to na drobne niedociągnięcia przymkniemy oko.

Uzbrojenie terenu. Nie zrażajcie się jeśli działka nie jest uzbrojona, czyli nie ma dostępu do podstawowych mediów jak prąd, woda, kanalizacja i gaz. Owszem, na odludziu możecie mieć problem. Dlatego musicie sprawdzić jak długo będziecie czekać na przyłączenie i jak wysokie koszta możecie ponieść. Przekalkulujcie - jeśli cena działki jest wyjątkowo atrakcyjna to może nawet wysoki koszt doprowadzenia mediów nadal będzie tańszy niż zakup działki w bardziej zabudowanej okolicy. Nasza działka nie jest uzbrojona, ale wszystkie media mamy na wyciągnięcie ręki. Jeśli będziecie sprawdzali koszt przyłączenia to sprawdźcie różne firmy. Nasi sąsiedzi za doprowadzenie gazu mieli zapłacić 17000 zł, po czym dostali ofertę od innej firmy za 3500 zł. Można się zrazić, ale warto sprawdzić różne miejsca, a przede wszystkim podpytać sąsiadów.

Znaczenie ma też ukształtowanie terenu. Działki ze spadkiem mogą być mocno wietrzne, w zależności od tego, z której strony świata jest skarpa. Działki ze sporymi zagłębieniami mogą wymagać wyrównania, gdyż w tych miejscach będzie gromadzić się woda. W okolicy rzek, zbiorników wodnych lub rowu melioracyjnego teren może być podmokły i może wymagać wymiany. Prace ziemne mogą mocno podnieść koszt działki. Warto poprosić eksperta o wycenę.

Kierunki świata. Znaleźliśmy piękną działkę ograniczoną z dwóch stron lasem. Miejsce idealne, sąsiedzi tylko z jednej strony, cisza, spokój. Raj. Po czym uświadomiliśmy sobie, że las jest od południa i zachodu. Wyobrażacie sobie mieć w domu słońce tylko rano? Ja miałabym depresję, a M. byłby totalnym nieużytkiem, działa na światło i bez niego jest wiecznie zmęczony. Idealny jest wjazd na działkę od strony północnej, wtedy za domem mamy południe, a ogród skąpany w słońcu i z dala od spojrzeń przechodniów. No chyba, że za domem jest las!

Dom na odludziu. Kiedyś na myśl o domu na wsi przypominała mi się historyjka o domu w Karkonoszach. Jeśli nie kojarzycie to wygooglajcie - gwarantuję, że się uśmiejecie. Gdy moi rodzice przeprowadzili się na wieś czekałam na pierwszy śnieg i zastanawiałam się czy dojadą do pracy. Od trzech lat nigdy nie mieli problemu. O godzinie 7 ich ulica zawsze była odśnieżona, czego nie mogłam powiedzieć ja, mieszkająca w mieście. Dlatego jeśli to jedyny powód, dla którego rezygnujecie z domu za miastem to najpierw porozmawiajcie z sąsiadami. Zwróćcie uwagę czy dzielnica jest oświetlona, czy są chodniki oraz czy droga jest na tyle utwardzona, że przy roztopach nie zamieni się w bagno. U nas żaden z tych punktów nie jest zapewniony, ewentualnie ostatni połowicznie. Jednak nie była to dla nas wada, a zaleta. Cieszę się, że nie ma latarni, ponieważ latem jest tak ciemno, że bez przeszkód mogę obserwować niebo. Nie przeszkadza mi brak chodników, ponieważ jeszcze długo będziemy wozić dzieci. Gdy pójdą do szkoły będą rozwożeni do domu szkolnym autobusem, te kilkanaście metrów po dziurach przejdą poboczem. Póki są dziury nikt nie będzie szybko jeździł.

Czy my poszliśmy na jakieś kompromisy? Oczywiście! Ustaliliśmy listę priorytetów i w tej sposób szukaliśmy działki. W grę wchodziło miejsce w pobliżu jednych lub drugich rodziców, ewentualnie pomiędzy. Odległość od najbliższego miasta, czyli naszego aktualnego miejsca zamieszkania jest identyczna. Wybraliśmy to, gdzie powietrze jest czystsze, a większość domów ogrzewana gazem. Aktualnie naszą największą zmorą jest smród z kominów w okolicy i od kiedy mam dzieci mocno zwracam na to uwagę. Niestety spacerowanie zimą z wózkiem w nieodpowiednich godzinach nie należy do przyjemności, a wywietrzenie pokoju przed snem mija się z celem. W nowym miejscu przynajmniej na początku nie będziemy mieli tego problemu. Nigdy nie wiadomo co będzie za jakiś czas. Kolejnym ustępstwem jest wjazd na działkę od strony zachodniej. Tym samym za domem mamy wschód, więc nie poopalam się w zaciszu własnego ogrodu. Czemu się tym nie przejmuję? Bo sąsiednia działka należy do mojego brata, a kolejna do rodziców. Wiem, że nie będziemy zaglądać sobie w okna (choć zamierzam kupić lornetkę, bo sprawdzać co mają na obiad), a nie będę czuła skrępowania leżąc w stroju na tarasie. Od ulicy ogrodzimy się roślinami.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze działki?
Stąd mamy do naszego przyszłego domu minutę.
macierzyństwo
Do Zatoki Puckiej rzut beretem... Nad morze rzut beretem + 5 minut :-)
 

Chwila moment i jesteśmy w Trójmieście.


Do Morskiego Oka, pieszo, jakieś 150h... jeśli nie wezmę ze sobą dzieci.

Co trzeba zrobić, gdy znajdzie się wymarzoną działkę?

Sprawdzić księgę wieczystą, by mieć pewność, że sprzedający jest właścicielem działki oraz, że nie jest ona obciążona hipoteką. Może być też wzmianka o prawie sąsiadów do przejeżdżania/ przechodzenia przez działkę lub informacja o prawie pierwokupu. Ustalić też trzeba czy działka na pewno jest budowlana lub czy można ją przekształcić w budowlaną.

Mam nadzieję, że ten post pomoże Wam w wyborze miejsca, gdzie postawicie swój azyl. Tym postem rozpoczynam cykl "budowa domu", w którym podzielę się z Wami swoimi przemyśleniami, pomysłami na wnętrza, rozwiązaniami z budowy... A już wkrótce obszernym postem "Jak wybrać projekt domu".

A Wy macie już swoje miejsce na ziemi? Miasto czy wieś? Dom czy mieszkanie?

Agnieszka


11/20/2018

Sypialnia z białą, malowaną podłogą.

Sypialnia z białą, malowaną podłogą.
Pamiętacie naszą sypialnię? Pokazywałam Wam ją dość często na moim instagramie, ale pojawiła się również na blogu. Pierwszy raz, kiedy przemalowaliśmy ścianę za łóżkiem na kolor granatowy. Drugi raz, kiedy pomalowaliśmy na biało drewnianą podłogę. Metamorfozę przeprowadziłam w ramach współpracy z firmą Tikkurila. Na blogu Tikkurila Potęga Kolorów znajdziecie dokładną instrukcję jak przeprowadzić taką zmianę. Przypominam Wam o tym, gdyż po ponad roku mogę śmiało powiedzieć, że warto!

O białej podłodze marzyłam bardzo długo i choć miałam wątpliwości jak będzie zachowywać się farba to postanowiłam zaryzykować. Przecież to tylko podłoga :-) Kiedy pokazałam pierwsze zdjęcia pojawiło się trochę komentarzy w stylu "zobaczymy czy za trzy miesiące będziesz zadowolona", "biała podłoga - zupełnie jak w szpitalu", "biała podłoga to kiepski pomysł, bo szybko się brudzi". Nie każdemu musi się biała podłoga podobać. Na szczęście! Wyobraźcie sobie świat, w którym wszystkim podoba się to samo. Nuda niesłychana. 

Czy podłoga się rysuje? No jasne, dokładnie tak samo jak każda inna drewniana lub panelowa podłoga. Stojąc i zerkając na podłogę nie widać tych zarysowań. Trzeba kucnąć, przyjrzeć się i wtedy faktycznie można zauważyć ślady po samochodach, pociągach, jeździkach, resorakach... W jednym miejscu, na krzywym i rozchodzącym się łączeniu desek, farba się starła. Uszkodzenie ma 1 mm szerokości i jakieś 3 cm długości. Zaznaczyłam je na jednym ze zdjęć miętową strzałką, ciężko je zobaczyć. Chyba musiałabym zrobić zdjęcie z góry. 

Ale ta jedna mała rysa to nie jedyna zmiana w sypialni z ostatniego roku. Jak wiecie, na początku grudnia, do naszej rodziny dołączył trzeci mężczyzna. I z obawy, że będziemy nasze 140 cm łóżka dzielić z kolejnym pasożytem postanowiliśmy kupić szersze. 20 cm więcej, a komfort snu podniesiony do maksimum. Tylko, że Tomek jeszcze nigdy z nami nie spał, więc mam nadzieję, że nie będziemy musieli zmieniać łóżka, gdy zacznie przydreptywać do nas w środku nocy ciągnąc za sobą swój dobytek. Na pewno nauczy się tego od Kuby, któremu zdarza się o 3 w nocy przyciągnąć do nas poduszkę, kapę, kołdrę, słonia i trzy poduszki ozdobne: chmurkę z Ikei oraz podobnych gabarytów: psa i gwiazdę. 

Naprzeciwko łóżka obok komody w ostatnim czasie stanął regał Billy. Brakowało mi jakiegoś wyższego akcentu. Pięknie wyglądałby fotel, ale nie siedzę w sypialni w ciągu dnia, bo moje dwa ogony siedziałyby tam ze mną. Wieczorem książkę wolę poczytać zaszyta pod kołdrą, dlatego fotel szybko zyskałby status prywatnej szafy mojego męża. Nie, dziękuję, wolę regał. Pomieścił książki, od których ciężaru uginały się półki w salonie. A za chwilę staną na nim jakieś kwiatki. W ostatnim miesiącu przyniosłam do domu 9! nowych okazów. Zazieleniam nasze kąty intensywnie zainspirowana czterema kątami mojej przyszłej bratowej. Ciągle brakuje mi czegoś na tej białej ścianie, a nie chcę wieszać na niej ramek. Może macie jakiś pomysł?

Lecę przesadzać kwiaty i wycinać gwiazdki do kalendarza adwentowego. Pamiętacie mój kalendarz adwentowy sprzed dwóch lat? W tym roku go powiększam, bo do tamtych gwiazdek nie zmieści się nic więcej niż dwa cukierki i zadanie.

Uściski,
A.

Jeszcze jedno! Szukam pięknej, białej kapy, ciężkiej żeby została na swoim miejscu przez chociaż pół dnia.


malowana podłoga

granatowa ściana

skandynawska sypialnia

biała podłoga

BEDROOM

biała podłoga

malowana podłoga

sypialnia

komoda hemnes w sypialni

romantyczna sypialnia



11/13/2018

Kwintesencja jesieni, czyli placki dyniowo-jabłkowe. Wegańskie.

Kwintesencja jesieni, czyli placki dyniowo-jabłkowe. Wegańskie.
Lubię jesień. Każdą! Piękną, polską, złotą z szelestem liści w tle, ale też tą, która uderza kroplami deszczu w okno, wieje... Jest zimna i szara. Przy tej drugiej nie czuję wyrzutów sumienia, gdy zaszywam się w domu z kubkiem gorącej herbaty. Nie wytyka mi palcem siedzenia pod kocem i czytania książki. Cieszy się, kiedy korzystam z jej licznych darów. Orzechów, śliwek, jabłek i dyni.

Jesień to dla mnie synonim dobrego jedzenia. Owszem, wiosna i lato oznaczają świeże owoce i warzywa - pełen urodzaj. Ale lato to też piękna pogoda, podczas której nie oddaję się długiemu gotowaniu. Wybieram przepisy szybkie i lekkie. Jesienią na pichcenie mam więcej czasu, ale też ochotę większą. Przyjemnie posiedzieć w kuchni ogrzanej zapachem pieczonych jabłek z cynamonem, sosu grzybowego lub pieczonej dyni. Bo musicie wiedzieć, że dynia to mój jesienny faworyt. Jeszcze kilka lat temu była dla mnie jedynie dekoracją oglądaną na amerykańskich blogach, a obecnie gości na naszym stole w wielu formach. Jako przekąska, danie główne, deser. Pieczona, w zupie, bułkach, kopytkach, curry, serniku, kawie. Oraz w plackach.

Wegańskie placki dyniowo - jabłkowe

2 szklanki mleka roślinnego *
40g cukru
1 saszetka cukru wanilinowego
4 łyżki oleju
2 pełne szklanki puree dyniowo - jabłkowego**
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu

Przesiać mąkę, cynamon i proszek do pieczenia. Pozostałe składniki wymieszać w misce i stopniowo, mieszając, dodawać do nich mąkę z cynamonem i proszkiem. Wymieszać do uzyskania jednolitej masy. Ja do tego celu używam miksera. Smażyć z obu stron na patelni lekko przetartej olejem .

*Najczęściej stosuję mleko owsiane i kokosowe (kartonikowe zwane też napojem).
**Starte jabłko i upieczona dynia. Proporcja u mnie pół na pół, ale robiłam też w innych wersjach, placki się od siebie różnią, ale wszystkie są dobre.

Smacznego!
Agnieszka

I jeszcze jedno! Dziękuję za tak cudowny odbiór ostatniego postu o drodze do macierzyństwa!

placuszki jabłkowe

placki dyniowe

placki jabłkowe







11/05/2018

Droga do macierzyństwa - moja spowiedź.

Droga do macierzyństwa - moja spowiedź.
Długo zastanawiałam się czy poruszyć ten temat i nadal borykam się z myślami. Nie jest w tematyce bloga, nikt mnie o niego nie prosił. Jednak gdzieś tam w głębi serca czuję, że mogę tym wpisem pomóc niejednej z Was.

Jakiś czas temu, 15 października, obchodzono Dzień Dziecka Utraconego. Szczerze? Nie miałam pojęcia, że istnieje taki dzień. Przeczytałam o nim w wiadomościach na jednym z serwisów internetowych. Ponieważ temat jest mi bliski kliknęłam tytuł artykułu i od tego momentu cały czas myślę, żeby podzielić się z Wami moją historią. Nie dlatego, że potrzebuję pocieszenia lub wsparcia, ale dlatego, że jest na świecie mnóstwo osób, które przechodzą przez to samo i zadają sobie te same pytania, którymi ja się zadręczałam.

Dawno temu, długo przed ślubem i długo przed tym jak związałam się z moim mężem, gdzieś w swoich fantazjach myślałam, że przed 30 będę mieszkała w domu z białym płotkiem. Z pięknym ogrodem, w którym na każdym rogu będą obficie kwitły hortensje (różowe rzecz jasna!), a po soczyście zielonej trawie będą biegały roześmiane dzieci. Dziewczynka i chłopiec. Chłopak starszy żeby pilnował w szkole młodszej siostry i żeby ona mogła się podkochiwać  w jego kolegach. Oczywisty i prosty plan, prawda? Potem trochę podrosłam, w sklepie mogłam kupić alkohol, a z domu pozwalali wychodzić nie tylko do dobranocki... Wtedy stwierdziłam, że jednak fajne jest to dorosłe życie i szkoda byłoby je ograniczać domem i dziećmi. Dlatego po ślubie nie rozmawialiśmy na temat dzieci. Wiedzieliśmy, że chcemy je mieć, ale trzydziestka zaczęła się zbliżać i nagle ta myśl o dwójce przed trzydziestką była nie tyle nierealna co prawie przerażająca - przecież nie zdążymy nacieszyć się życiem. I nagle wokół nas zaczęły pojawiać się dzieci. Nie pamiętam jak to dokładnie było, ale nagle bum! Jak strzała amora... Poczułam, że chcę być mamą. Nie za dwa lata, pięć czy trzy. Najlepiej jutro. Tak, tak, 9 miesięcy i te sprawy. Ale gdzieś przebąkiwali coś o bocianie i kapuście. Mówili też, że jak się czegoś bardzo chce to się spełni. Więc zaczęliśmy spełniać swoje marzenie. Bardziej moje na początku - do dziś to słyszę. No ale umówmy się! Sama bym sobie dziecka nie zrobiła.

Pierwszy miesiąc - nie udało się. Trudno. Zero presji, mamy czas. Drugi. E tam, uda się w kolejnym. W trzecim byłam u ginekologa. Ot tak, wizyta kontrolna raz w roku. No i ginekolog nakręcił mnie na obserwację cyklu poprzez usg. Niby pierdoła, ale to chyba był ten moment, kiedy starania o dziecko przestały być spontaniczne, a ja zaczęłam odczuwać presję. Bo przecież powiedział, że będzie jajeczkowanie! A ja w tym trzecim miesiącu znowu nie zaszłam w ciąże. Byłam "obrażona" na lekarza i umówiłam się do zupełnie innego w szpitalnej przychodni. Na NFZ za trzy miesiące, bo już wtedy pewnie będę w ciąży.... W czwartym i piątym nie robiłam USG, wmawiałam sobie, że mi nie zależy tak bardzo.... W szóstym miesiącu, kiedy okazało się, że nie jestem w ciąży stwierdziłam, że wracam do mojego lekarza. Wzięłam lek wspomagający zajście w ciąże, zrobiłam USG . No i w głowie miałam myśl: "teraz to już mur beton będzie ciąża, szczególnie, że to miesiąc moich urodzin". O 7 rano w swoje urodziny, tydzień przed datą kolejnego okresu, pojechałam na badanie krwi do szpitala. Chyba nawet M. nie powiedziałam, że jadę zbadać Beta HCG - hormon produkowany w ciąży, który bardzo szybko potwierdza ten stan. Pięć godzin później miałam odpowiedź i doła. Pamiętam jak płakałam nad szykowanymi dla gości ciastami. Dwa dni po urodzinach miałam wspomnianą wizytę u lekarza w szpitalu, zalecił badanie drożności jajowodów. Tylko że tydzień później nie miałam okresu, za to wracając od znajomych poczułam wielką ochotę na wątróbkę. Tak wielką, że przejeżdżając obok Inter Marche wysiadłam z autobusu i poszłam ją kupić. Było to o tyle dziwne, że owszem, lubię wątróbkę, ale nigdy jej sama nie robiłam, jadłam sporadycznie, kiedy robiła ją babcia. Następnego dnia przed pracą zrobiłam test. Po trzech minutach brak kreski. Po 5, 10 i 15 też. Test poszedł do śmietnika, ja poszłam do pracy. Minęło naprawdę dużo czasu, ale pamiętam to wszystko tak dokładnie jakby to było wczoraj. Wróciłam do domu i wiecie co zrobiłam? Zajrzałam do śmietnika. Nie wiem po co, ale to zrobiłam. Wyjęłam test i zobaczyłam bladą, bladziutką kreskę. Zadzwoniłam do przyjaciółki. Nie do męża, bo przecież nie odczytuje się testu po nie wiadomo ilu godzinach. Musiałam się upewnić, że to ma sens. Podobno nie miało, ale wysłałam Oli zdjęcie testu. Rozsądnie kazała powtórzyć test. M. kupił testy (kilka, jak w filmie, bo przecież jeden może się mylić) i czekaliśmy w trójkę na wynik. Do rana, żeby była większa pewność. Ale była radość! Hurra, udało się! W weekend powiedzieliśmy rodzicom, pamiętam ich szczęście i wzruszenie. Pamiętam huk otwieranej butelki szampana, którą mój teść wyciągnął ze spiżarni. Potem gratulacje od naszych przyjaciół. Prezent od Oli - poduszkę do spania, bo już wkrótce będzie mi potrzebna. Wizyta u lekarza trochę mnie stresowała, ale nie spodziewałam się tego co nastąpiło. Ciąża była, ale jej nie było. Nie było nawet pustego pęcherzyka, nic. Tak może się zdarzyć na wczesnym etapie, dlatego nie panikowałam. Po kilku dniach kolejne badanie i znowu kolejne, dodatkowo dwa badania krwi, aż w końcu usłyszeliśmy: ciąża pozamaciczna do usunięcia. Pojechaliśmy do szpitala. Po kilku godzinach na izbie przyjęć przyjęli mnie na oddział. Było już dość późno, większość lekarzy poszła do domu. Położyłam się na sali, M. musiał jechać do pracy, a ja zostałam tam sama ze swoimi myślami i z dwiema Paniami na łóżkach obok. Jedna z nich zapytała o powód mojej wizyty na oddziale. Nie zapomnę tego, że powiedziała "też miałam pozamaciczną, a teraz nie mam dzieci". Jak się okazało później to dlatego, że rozstała się z mężem, ale dla mnie to było jak cios siekierą. Przeryczałam pół nocy. Rano poszłam na usg - ja, ordynator i tłum lekarzy, rezydentów, stażystów. Tłumaczyli mi moje możliwości - operacja lub podanie chemii. Wiecie jakie pytanie zadałam? Po czym szybciej wyjdę ze szpitala. A potem przestałam ich widzieć, z emocji padłam na kozetkę. Chwilę później wybrałam operację. Ordynator poradził żebym się jeszcze zastanowiła, porozmawiała z mężem. Poszłam do M i postanowiliśmy poprosić o wsparcie naszą przyjaciółkę lekarkę. Magda przybiegła do nas błyskawicznie i namówiła mnie na chemię. Dostałam izolatkę, podali lek i zostawili samą na cały dzień. Następne dwa dni były czekaniem na wynik. Mieliśmy tę komfortową sytuację, że M. mógł być ze mną prawie cały czas. Przychodził o 12, kiedy zaczynały się odwiedziny i wychodził o 20. Czwartego dnia przyjechała do mnie cała grupa dziewczyn z pracy - moich najbliższych koleżanek z labu. Przywiozły słodkości, prezenty i kosmetyczkę: wypiłowały mi paznokcie i pomalowały na różowo. Chyba nie mają pojęcia jak ich odwiedziny i ucieczka z oddziału na godzinę lub dwie bardzo mi wtedy pomogły. Następnego dnia okazało się, że lek nie zadziałał. Podali drugą dawkę. A ja czekałam kolejne trzy dni znudzona towarzystwem M i prowadzeniem zdawkowych rozmów Poza moimi trzema przyjaciółkami, dziewczynami z pracy i rodzicami na początku nikt nie wiedział o tym, że jestem w szpitalu. Nie wiem dlaczego zrobiliśmy z tego tak wielką tajemnicę. Wstydziłam się? Bałam współczucia? Może pytań?  Siódmego dnia zadzwoniła moja kuzynka, która dwa tygodnie wcześniej urodziła córeczkę. Pytała czemu jeszcze Ich nie odwiedziłam. Pół godziny później była u mnie. Ucieszyłam się z tych odwiedzin, z serca spadły mi przynajmniej dwa z zalegających tam kamieni. Tak dobrze było otworzyć się przed kolejnymi osobami. Tak mi bliskimi przecież. Po 9 dniach od przyjęcia wypuścili mnie do domu. Pamiętam wszystko - jedliśmy z M. na obiad pierogi kupione w pobliskiej pierogarni. Najgorsze jakie jadłam w życiu. Położyłam się do łóżka i zaczęłam najdłuższy, najnudniejszy i najbardziej nieproduktywny okres w swoim życiu. Był 9 grudnia, a ja miałam wolne aż do świąt. W tym czasie w pracy chodziły już plotki o mojej ciąży, bo przecież to jasne jak 2+2. Szpital, ginekologia i L4 - na 100% jestem w ciąży. "Moje" dziewczyny nic nie tłumaczyły, a reszta nie pytała tylko stwierdziła. Przebimbałam ten grudzień nie robiąc nic. Nie czytałam, nie nadrabiałam seriali. Nie płakałam też właściwie wcale. Ale to były wyjątkowo jałowe dni. Z kreatywnych rzeczy zrobiłam jedną filcową zawieszkę na choinkę. Do dziś nie doczekała się filcowych sióstr, nigdy też nie zawiesiłam jej na choince. Jednak ciągle ją mam.

Pewnym przełomem były urodziny M. Kilka dni przed świętami przyszły do nas dwie pary przyjaciół. Obie z maluszkami. Uwielbiam te dzieci i moje uczucia w tamtym momencie w stosunku do nich się nie zmieniły, ale patrzenie na dziewczyny poruszające raz na jakiś czas temat o dzieciach mnie dobił. Nie żeby robiły to celowo, ale to tak jak spotkanie z ludźmi z pracy po pracy. Czy chcecie czy nie, zawsze wypływa temat, który Was łączy. Dlatego nie dziwiłam się dwóm młodym mamom. Kiedy wyszli miałam doła giganta. To był chyba moment, w którym uświadomiłam sobie co straciłam. Przed północą zadzwoniła Ola, mąż zwrócił Jej uwagę, że była nietaktowna i chciała mnie przeprosić. Ryczałyśmy do telefonu jak wariatki... Po świętach wróciłam do pracy i normalnego życia, owszem, myślałam o tym co się stało, ale zaakceptowałam naszą stratę.

Trzy miesiące później dostaliśmy zielone światło - mogliśmy znów się starać o dziecko. Nie chciałam tak właściwie, chyba nawet oboje nie chcieliśmy. Powiedziałam do M: spróbujmy tylko raz, przecież tyle miesięcy nie mogłam zajść w ciążę to teraz też pewnie nie zajdę. I zaszłam. W święta wielkanocne źle się czułam, wiedziałam już, że jestem w ciąży, ale nic nie mówiłam. Pokłóciłam się z mamą - tak się bałam o ciążę, że migałam się od wszystkiego, dosłownie wszystkiego, spóźniliśmy się do nich o ponad godzinę, a rodzice robili wtedy święta- parapetówkę dla 50 osób, przy której miałam pomóc. Zdecydowanie nie miałam humoru, ale pamiętam, że siostry mojego taty: ciocia Krysia i ciocia Dorota podeszły do mnie (osobno) i zapytały o ciążę pozamaciczną, o to jak się czuję itd. Te rozmowy były kolejnymi, które zadziałały jak terapia, które mi pomogły. Niestety dwa tygodnie później poroniłam.

W kolejną ciążę zaszłam po 5 miesiącach. Nie ma co ściemniać, to zdecydowanie była wpadka. Kilka miesięcy starań przed pierwszą ciążą i nic, a tu nagle spontan i bum! Wyłam, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Bałam się strasznie, a radość i hamowany entuzjazm M. tylko mnie drażniły. Stwierdziłam, że nie idę do lekarza, nie zamierzam nic sprawdzać. M. zmusił mnie (musiałam wykluczyć pozamaciczną) i siłą zaciągnął do nowego lekarza. Nie chodziło o to, że był w naszym mniemaniu lepszy, po prostu nie chcieliśmy wracać do gabinetu, który z automatu budził w nas smutne wspomnienia. Zobaczyliśmy pęcherzyk, jeszcze pusty i wtedy poczułam, że będzie dobrze. Dwa tygodnie później oglądaliśmy na monitorze bijące serduszko. Kilka dni po tym miałam plamienie, nie macie pojęcia jak się zdenerwowałam, ale cały czas powtarzałam sobie, że jest serduszko, więc musi być dobrze. Zapytałam lekarza czy mogę pracować, czy nie zaszkodzę tym dziecku. Nie chciałam zostać w domu, ze swoimi myślami. Plamienie minęło, a ja w spokoju rosłam. Chodziłam do pracy, w domu kombinowałam nad metamorfozami, nocami sprzątałam, bo nie mogłam spać. W połowie ciąży miałam stłuczkę (nie z mojej winy) i nawet to nie wytrąciło mnie z równowagi. Pracowałam do lutego, kiedy to brzuch zaczął mi przeszkadzać w sięganiu do stołu laboratoryjnego. W kwietniu, tydzień przed terminem, zostaliśmy rodzicami. Drugie zdanie wygłoszone przeze mnie po porodzie brzmiało: "tak wygląda poród?! To ja mogę dalej rodzić." Rok z Kubą w domu naprawdę był urlopem, dlatego miesiąc przed końcem postanowiliśmy postarać się o drugie dziecko. Udało się od razu. Druga ciąża dała nam w kość. Fizycznie i psychicznie. Odbiła się na mnie, na naszym związku i jeszcze długo posłuży jako antykoncepcja. Przez całą ciążę miałam wizyty u ginekologa co tydzień lub dwa. Na SOR jechałam kilka razy, w tym raz sama prosto z wesela kuzynki. Na początku ciąża była bliźniacza i choć był to dla nas szok (M mi nie wierzył i musiałam go pół wieczoru przekonywać) to następnego dnia wybraliśmy samochód, w którym zmieszczą się trzy foteliki. Kiedy po dwóch tygodniach okazało się, że bije tylko jedno serduszko miałam mnóstwo mieszanych uczuć. Z jednej strony czułam smutek, ale gdzieś wewnętrznie poczułam też ulgę, że ciąża nie będzie ciążą wysokiego ryzyka. Nie będę próbowała tego opisać, bo moje uczucia nigdy nie były tak zawiłe jak w tamtym momencie i wiem, że słowa nigdy ich nie oddadzą. Później było wielowodzie, cholestaza, zgagi, bóle kości ogonowej, kręgosłupa i królowa dolegliwości ciążowych: niekończąca się burza hormonów. Urodziłam miesiąc przed terminem, dzień po tym jak nasi przyjaciele wsunęli w Ścianę Płaczu karteczkę z moim błaganiem o jak najwcześniejszy, szczęśliwy poród. Udało się - był jeszcze lepszy niż pierwszy, o czym mogłabym chyba napisać książkę. Żałuję, że w standardzie jest poprzedzony 9 miesiącami stanu, w którym nie znosimy (ja i mój mąż) mojej osoby. W przeciwnym razie rodziłabym częściej ;-).

Wracając do tematu.... Nasza historia nie jest wyjątkiem. Wystarczyło, że powiedziałam kilku osobom i okazuje się, że nawet wśród naszych znajomych były ciąże pozamaciczne, że o poronieniach nie wspomnę... Nie mówi się o tym głośno i robi wokół otoczkę jakby to było coś złego.  Dostałam olbrzymie wsparcie od przyjaciół i rodziny, ale nikt by się sam nie domyślił przez co przechodzimy. Jakie miałam myśli w tym trudnym okresie? Był etap obwiniania siebie, był moment, kiedy czułam się wadliwa i niekobieca. Był etap zazdrości o szczęście innych. Nie takiej, że życzyłam innym źle.... Ale zastanawiałam się nie raz dlaczego wszystkim się udaje, a my nie możemy zostać rodzicami. Pamiętam jak spotkałam znajomą na badaniu krwi. Ona z delikatnie zarysowanym brzuchem, ja zaś przyszłam sprawdzić po raz ostatni czy na pewno nie ma śladu po ciąży pozamacicznej. Zapytałam o termin. Słabo mi się zrobiło, kiedy podała tą samą datę, którą ja sobie wyliczyłam... 

Drażni mnie, że poronienia, problemy z płodnością, ciąże pozamaciczne itp. to temat tabu, a z kolei nikt nie ma problemu z zadawaniem pytań: kiedy dziecko? A o drugie już się staracie? Lepsze są tylko hasła: "Możemy Wam pokazać jak to się robi", "Nam udało się od razu, nie wiecie jak się za to zabrać?" itd. Dokładnie taki tekst usłyszałam od znajomego kilka dni po wyjściu ze szpitala. Nie pytał nawet czy chcemy już mieć dzieci. Głupio zagadał, bo przecież już od kilku lat byłam po ślubie. Nie tylko sprawił mi przykrość, ale też mnie wkurzył. Powiedziałam otwarcie o naszej sytuacji. Usłyszałam też kiedyś, właśnie w tym okresie, że mam za dobrze, że wszystko mi łatwo przychodzi, że przecież wszystko dostaję na tacy... Pomyślałam, że może faktycznie tak jest, a brak dziecka to jakieś wyrównanie. Dla równowagi we wszechświecie. Mój mózg takie głupoty przyjmował jak gąbka wodę. Podsumowując - każda niemożliwie durna myśl przetoczyła się przez moją głowę, ale miałam obok bliskich, którzy naprostowali moje myślenie. Dlatego jeśli jesteście w podobnej sytuacji to mówcie o tym. Może nie tak publicznie jak ja, bo cały czas mam wątpliwości czy ten post nie jest błędem, ale mówcie swoim bliskim. Nie róbcie tabu ze swoich uczuć. Nikt nie wie co czujecie i nawet jeśli domyśli się to raczej sam nie rozpocznie tematu. A ciągłe pytania rodziny traktujcie z przymrużeniem oka lub wprost powiedzcie jak to u Was wygląda. Pamiętajcie, że lata temu ludzie częściej mieli problem z nadmierną płodnością, dlatego babcia niekoniecznie może zdawać sobie sprawę z tego, że czasy zmieniły się także w tej kwestii. I niestety to prawda: wyluzujcie.

Teraz, po kilku latach, kiedy jestem (zazwyczaj) bardzo szczęśliwą mamą mam dwie myśli. Pierwsza, pojawia się czasem i brzmi: "mogłam mieć już piątkę dzieci", ale tak naprawdę to jedno wielkie kłamstwo. Jeśli pierwsza ciąża nie byłaby z pięcioraczkami lub druga z czworaczkami to na pewno nie dobiłabym do takiej liczby potomków. Druga myśl jest taka, że dzięki temu wszystkiemu mocno dojrzeliśmy jako związek. Jasne, kłóciliśmy się, przez burze hormonów (i mój trudny charakter) wylaliśmy na siebie trochę brudów. Jednak tak naprawdę te wydarzenia zbliżyły nas do siebie i nie żałuję już, że stało się tak jak się stało. W nagrodę mam teraz w domu trzech cudownych facetów i choć codziennie na nich narzekam, a na myśl o przyszłości i trzech parach brudnych skarpet na podłodze przy kanapie robi mi się słabo to jednak nie zamieniłabym tego na nic w świecie. I podtrzymuję, że gdybym mogła coś zmienić w swoim życiu to chciałabym żeby przy naszym świątecznym stole z powrotem zasiedli dziadek z wujkiem. Bo reszta jest idealna. Tego idealnego życia życzę Wam, nie traćcie wiary, nie nakręcajcie się. I wyluzujcie :)
A ja bardzo mocno trzymam kciuki!


Uściski,
A.

PS: Był to najtrudniejszy post jaki napisałam w swoim długim życiu, dlatego będzie mi bardziej niż miło jeśli go udostępnisz, polubisz, skomentujesz. Konstruktywna krytyka też mile widziana. A ponieważ w tym tygodniu mam urodziny to potraktuj to jako prezent dla mnie ;)

PS2: Spójrzcie na pierwsze zdjęcie - Tomek mógłby grać wujka Chestera z rodziny Adamsów! 



Copyright © 2016 Agafia J , Blogger