11/13/2018

Kwintesencja jesieni, czyli placki dyniowo-jabłkowe. Wegańskie.

Kwintesencja jesieni, czyli placki dyniowo-jabłkowe. Wegańskie.
Lubię jesień. Każdą! Piękną, polską, złotą z szelestem liści w tle, ale też tą, która uderza kroplami deszczu w okno, wieje... Jest zimna i szara. Przy tej drugiej nie czuję wyrzutów sumienia, gdy zaszywam się w domu z kubkiem gorącej herbaty. Nie wytyka mi palcem siedzenia pod kocem i czytania książki. Cieszy się, kiedy korzystam z jej licznych darów. Orzechów, śliwek, jabłek i dyni.

Jesień to dla mnie synonim dobrego jedzenia. Owszem, wiosna i lato oznaczają świeże owoce i warzywa - pełen urodzaj. Ale lato to też piękna pogoda, podczas której nie oddaję się długiemu gotowaniu. Wybieram przepisy szybkie i lekkie. Jesienią na pichcenie mam więcej czasu, ale też ochotę większą. Przyjemnie posiedzieć w kuchni ogrzanej zapachem pieczonych jabłek z cynamonem, sosu grzybowego lub pieczonej dyni. Bo musicie wiedzieć, że dynia to mój jesienny faworyt. Jeszcze kilka lat temu była dla mnie jedynie dekoracją oglądaną na amerykańskich blogach, a obecnie gości na naszym stole w wielu formach. Jako przekąska, danie główne, deser. Pieczona, w zupie, bułkach, kopytkach, curry, serniku, kawie. Oraz w plackach.

Wegańskie placki dyniowo - jabłkowe

2 szklanki mleka roślinnego *
40g cukru
1 saszetka cukru wanilinowego
4 łyżki oleju
2 pełne szklanki puree dyniowo - jabłkowego**
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu

Przesiać mąkę, cynamon i proszek do pieczenia. Pozostałe składniki wymieszać w misce i stopniowo, mieszając, dodawać do nich mąkę z cynamonem i proszkiem. Wymieszać do uzyskania jednolitej masy. Ja do tego celu używam miksera. Smażyć z obu stron na patelni lekko przetartej olejem .

*Najczęściej stosuję mleko owsiane i kokosowe (kartonikowe zwane też napojem).
**Starte jabłko i upieczona dynia. Proporcja u mnie pół na pół, ale robiłam też w innych wersjach, placki się od siebie różnią, ale wszystkie są dobre.

Smacznego!
Agnieszka

I jeszcze jedno! Dziękuję za tak cudowny odbiór ostatniego postu o drodze do macierzyństwa!

placuszki jabłkowe

placki dyniowe

placki jabłkowe







11/05/2018

Droga do macierzyństwa - moja spowiedź.

Droga do macierzyństwa - moja spowiedź.
Długo zastanawiałam się czy poruszyć ten temat i nadal borykam się z myślami. Nie jest w tematyce bloga, nikt mnie o niego nie prosił. Jednak gdzieś tam w głębi serca czuję, że mogę tym wpisem pomóc niejednej z Was.

Jakiś czas temu, 15 października, obchodzono Dzień Dziecka Utraconego. Szczerze? Nie miałam pojęcia, że istnieje taki dzień. Przeczytałam o nim w wiadomościach na jednym z serwisów internetowych. Ponieważ temat jest mi bliski kliknęłam tytuł artykułu i od tego momentu cały czas myślę, żeby podzielić się z Wami moją historią. Nie dlatego, że potrzebuję pocieszenia lub wsparcia, ale dlatego, że jest na świecie mnóstwo osób, które przechodzą przez to samo i zadają sobie te same pytania, którymi ja się zadręczałam.

Dawno temu, długo przed ślubem i długo przed tym jak związałam się z moim mężem, gdzieś w swoich fantazjach myślałam, że przed 30 będę mieszkała w domu z białym płotkiem. Z pięknym ogrodem, w którym na każdym rogu będą obficie kwitły hortensje (różowe rzecz jasna!), a po soczyście zielonej trawie będą biegały roześmiane dzieci. Dziewczynka i chłopiec. Chłopak starszy żeby pilnował w szkole młodszej siostry i żeby ona mogła się podkochiwać  w jego kolegach. Oczywisty i prosty plan, prawda? Potem trochę podrosłam, w sklepie mogłam kupić alkohol, a z domu pozwalali wychodzić nie tylko do dobranocki... Wtedy stwierdziłam, że jednak fajne jest to dorosłe życie i szkoda byłoby je ograniczać domem i dziećmi. Dlatego po ślubie nie rozmawialiśmy na temat dzieci. Wiedzieliśmy, że chcemy je mieć, ale trzydziestka zaczęła się zbliżać i nagle ta myśl o dwójce przed trzydziestką była nie tyle nierealna co prawie przerażająca - przecież nie zdążymy nacieszyć się życiem. I nagle wokół nas zaczęły pojawiać się dzieci. Nie pamiętam jak to dokładnie było, ale nagle bum! Jak strzała amora... Poczułam, że chcę być mamą. Nie za dwa lata, pięć czy trzy. Najlepiej jutro. Tak, tak, 9 miesięcy i te sprawy. Ale gdzieś przebąkiwali coś o bocianie i kapuście. Mówili też, że jak się czegoś bardzo chce to się spełni. Więc zaczęliśmy spełniać swoje marzenie. Bardziej moje na początku - do dziś to słyszę. No ale umówmy się! Sama bym sobie dziecka nie zrobiła.

Pierwszy miesiąc - nie udało się. Trudno. Zero presji, mamy czas. Drugi. E tam, uda się w kolejnym. W trzecim byłam u ginekologa. Ot tak, wizyta kontrolna raz w roku. No i ginekolog nakręcił mnie na obserwację cyklu poprzez usg. Niby pierdoła, ale to chyba był ten moment, kiedy starania o dziecko przestały być spontaniczne, a ja zaczęłam odczuwać presję. Bo przecież powiedział, że będzie jajeczkowanie! A ja w tym trzecim miesiącu znowu nie zaszłam w ciąże. Byłam "obrażona" na lekarza i umówiłam się do zupełnie innego w szpitalnej przychodni. Na NFZ za trzy miesiące, bo już wtedy pewnie będę w ciąży.... W czwartym i piątym nie robiłam USG, wmawiałam sobie, że mi nie zależy tak bardzo.... W szóstym miesiącu, kiedy okazało się, że nie jestem w ciąży stwierdziłam, że wracam do mojego lekarza. Wzięłam lek wspomagający zajście w ciąże, zrobiłam USG . No i w głowie miałam myśl: "teraz to już mur beton będzie ciąża, szczególnie, że to miesiąc moich urodzin". O 7 rano w swoje urodziny, tydzień przed datą kolejnego okresu, pojechałam na badanie krwi do szpitala. Chyba nawet M. nie powiedziałam, że jadę zbadać Beta HCG - hormon produkowany w ciąży, który bardzo szybko potwierdza ten stan. Pięć godzin później miałam odpowiedź i doła. Pamiętam jak płakałam nad szykowanymi dla gości ciastami. Dwa dni po urodzinach miałam wspomnianą wizytę u lekarza w szpitalu, zalecił badanie drożności jajowodów. Tylko że tydzień później nie miałam okresu, za to wracając od znajomych poczułam wielką ochotę na wątróbkę. Tak wielką, że przejeżdżając obok Inter Marche wysiadłam z autobusu i poszłam ją kupić. Było to o tyle dziwne, że owszem, lubię wątróbkę, ale nigdy jej sama nie robiłam, jadłam sporadycznie, kiedy robiła ją babcia. Następnego dnia przed pracą zrobiłam test. Po trzech minutach brak kreski. Po 5, 10 i 15 też. Test poszedł do śmietnika, ja poszłam do pracy. Minęło naprawdę dużo czasu, ale pamiętam to wszystko tak dokładnie jakby to było wczoraj. Wróciłam do domu i wiecie co zrobiłam? Zajrzałam do śmietnika. Nie wiem po co, ale to zrobiłam. Wyjęłam test i zobaczyłam bladą, bladziutką kreskę. Zadzwoniłam do przyjaciółki. Nie do męża, bo przecież nie odczytuje się testu po nie wiadomo ilu godzinach. Musiałam się upewnić, że to ma sens. Podobno nie miało, ale wysłałam Oli zdjęcie testu. Rozsądnie kazała powtórzyć test. M. kupił testy (kilka, jak w filmie, bo przecież jeden może się mylić) i czekaliśmy w trójkę na wynik. Do rana, żeby była większa pewność. Ale była radość! Hurra, udało się! W weekend powiedzieliśmy rodzicom, pamiętam ich szczęście i wzruszenie. Pamiętam huk otwieranej butelki szampana, którą mój teść wyciągnął ze spiżarni. Potem gratulacje od naszych przyjaciół. Prezent od Oli - poduszkę do spania, bo już wkrótce będzie mi potrzebna. Wizyta u lekarza trochę mnie stresowała, ale nie spodziewałam się tego co nastąpiło. Ciąża była, ale jej nie było. Nie było nawet pustego pęcherzyka, nic. Tak może się zdarzyć na wczesnym etapie, dlatego nie panikowałam. Po kilku dniach kolejne badanie i znowu kolejne, dodatkowo dwa badania krwi, aż w końcu usłyszeliśmy: ciąża pozamaciczna do usunięcia. Pojechaliśmy do szpitala. Po kilku godzinach na izbie przyjęć przyjęli mnie na oddział. Było już dość późno, większość lekarzy poszła do domu. Położyłam się na sali, M. musiał jechać do pracy, a ja zostałam tam sama ze swoimi myślami i z dwiema Paniami na łóżkach obok. Jedna z nich zapytała o powód mojej wizyty na oddziale. Nie zapomnę tego, że powiedziała "też miałam pozamaciczną, a teraz nie mam dzieci". Jak się okazało później to dlatego, że rozstała się z mężem, ale dla mnie to było jak cios siekierą. Przeryczałam pół nocy. Rano poszłam na usg - ja, ordynator i tłum lekarzy, rezydentów, stażystów. Tłumaczyli mi moje możliwości - operacja lub podanie chemii. Wiecie jakie pytanie zadałam? Po czym szybciej wyjdę ze szpitala. A potem przestałam ich widzieć, z emocji padłam na kozetkę. Chwilę później wybrałam operację. Ordynator poradził żebym się jeszcze zastanowiła, porozmawiała z mężem. Poszłam do M i postanowiliśmy poprosić o wsparcie naszą przyjaciółkę lekarkę. Magda przybiegła do nas błyskawicznie i namówiła mnie na chemię. Dostałam izolatkę, podali lek i zostawili samą na cały dzień. Następne dwa dni były czekaniem na wynik. Mieliśmy tę komfortową sytuację, że M. mógł być ze mną prawie cały czas. Przychodził o 12, kiedy zaczynały się odwiedziny i wychodził o 20. Czwartego dnia przyjechała do mnie cała grupa dziewczyn z pracy - moich najbliższych koleżanek z labu. Przywiozły słodkości, prezenty i kosmetyczkę: wypiłowały mi paznokcie i pomalowały na różowo. Chyba nie mają pojęcia jak ich odwiedziny i ucieczka z oddziału na godzinę lub dwie bardzo mi wtedy pomogły. Następnego dnia okazało się, że lek nie zadziałał. Podali drugą dawkę. A ja czekałam kolejne trzy dni znudzona towarzystwem M i prowadzeniem zdawkowych rozmów Poza moimi trzema przyjaciółkami, dziewczynami z pracy i rodzicami na początku nikt nie wiedział o tym, że jestem w szpitalu. Nie wiem dlaczego zrobiliśmy z tego tak wielką tajemnicę. Wstydziłam się? Bałam współczucia? Może pytań?  Siódmego dnia zadzwoniła moja kuzynka, która dwa tygodnie wcześniej urodziła córeczkę. Pytała czemu jeszcze Ich nie odwiedziłam. Pół godziny później była u mnie. Ucieszyłam się z tych odwiedzin, z serca spadły mi przynajmniej dwa z zalegających tam kamieni. Tak dobrze było otworzyć się przed kolejnymi osobami. Tak mi bliskimi przecież. Po 9 dniach od przyjęcia wypuścili mnie do domu. Pamiętam wszystko - jedliśmy z M. na obiad pierogi kupione w pobliskiej pierogarni. Najgorsze jakie jadłam w życiu. Położyłam się do łóżka i zaczęłam najdłuższy, najnudniejszy i najbardziej nieproduktywny okres w swoim życiu. Był 9 grudnia, a ja miałam wolne aż do świąt. W tym czasie w pracy chodziły już plotki o mojej ciąży, bo przecież to jasne jak 2+2. Szpital, ginekologia i L4 - na 100% jestem w ciąży. "Moje" dziewczyny nic nie tłumaczyły, a reszta nie pytała tylko stwierdziła. Przebimbałam ten grudzień nie robiąc nic. Nie czytałam, nie nadrabiałam seriali. Nie płakałam też właściwie wcale. Ale to były wyjątkowo jałowe dni. Z kreatywnych rzeczy zrobiłam jedną filcową zawieszkę na choinkę. Do dziś nie doczekała się filcowych sióstr, nigdy też nie zawiesiłam jej na choince. Jednak ciągle ją mam.

Pewnym przełomem były urodziny M. Kilka dni przed świętami przyszły do nas dwie pary przyjaciół. Obie z maluszkami. Uwielbiam te dzieci i moje uczucia w tamtym momencie w stosunku do nich się nie zmieniły, ale patrzenie na dziewczyny poruszające raz na jakiś czas temat o dzieciach mnie dobił. Nie żeby robiły to celowo, ale to tak jak spotkanie z ludźmi z pracy po pracy. Czy chcecie czy nie, zawsze wypływa temat, który Was łączy. Dlatego nie dziwiłam się dwóm młodym mamom. Kiedy wyszli miałam doła giganta. To był chyba moment, w którym uświadomiłam sobie co straciłam. Przed północą zadzwoniła Ola, mąż zwrócił Jej uwagę, że była nietaktowna i chciała mnie przeprosić. Ryczałyśmy do telefonu jak wariatki... Po świętach wróciłam do pracy i normalnego życia, owszem, myślałam o tym co się stało, ale zaakceptowałam naszą stratę.

Trzy miesiące później dostaliśmy zielone światło - mogliśmy znów się starać o dziecko. Nie chciałam tak właściwie, chyba nawet oboje nie chcieliśmy. Powiedziałam do M: spróbujmy tylko raz, przecież tyle miesięcy nie mogłam zajść w ciążę to teraz też pewnie nie zajdę. I zaszłam. W święta wielkanocne źle się czułam, wiedziałam już, że jestem w ciąży, ale nic nie mówiłam. Pokłóciłam się z mamą - tak się bałam o ciążę, że migałam się od wszystkiego, dosłownie wszystkiego, spóźniliśmy się do nich o ponad godzinę, a rodzice robili wtedy święta- parapetówkę dla 50 osób, przy której miałam pomóc. Zdecydowanie nie miałam humoru, ale pamiętam, że siostry mojego taty: ciocia Krysia i ciocia Dorota podeszły do mnie (osobno) i zapytały o ciążę pozamaciczną, o to jak się czuję itd. Te rozmowy były kolejnymi, które zadziałały jak terapia, które mi pomogły. Niestety dwa tygodnie później poroniłam.

W kolejną ciążę zaszłam po 5 miesiącach. Nie ma co ściemniać, to zdecydowanie była wpadka. Kilka miesięcy starań przed pierwszą ciążą i nic, a tu nagle spontan i bum! Wyłam, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Bałam się strasznie, a radość i hamowany entuzjazm M. tylko mnie drażniły. Stwierdziłam, że nie idę do lekarza, nie zamierzam nic sprawdzać. M. zmusił mnie (musiałam wykluczyć pozamaciczną) i siłą zaciągnął do nowego lekarza. Nie chodziło o to, że był w naszym mniemaniu lepszy, po prostu nie chcieliśmy wracać do gabinetu, który z automatu budził w nas smutne wspomnienia. Zobaczyliśmy pęcherzyk, jeszcze pusty i wtedy poczułam, że będzie dobrze. Dwa tygodnie później oglądaliśmy na monitorze bijące serduszko. Kilka dni po tym miałam plamienie, nie macie pojęcia jak się zdenerwowałam, ale cały czas powtarzałam sobie, że jest serduszko, więc musi być dobrze. Zapytałam lekarza czy mogę pracować, czy nie zaszkodzę tym dziecku. Nie chciałam zostać w domu, ze swoimi myślami. Plamienie minęło, a ja w spokoju rosłam. Chodziłam do pracy, w domu kombinowałam nad metamorfozami, nocami sprzątałam, bo nie mogłam spać. W połowie ciąży miałam stłuczkę (nie z mojej winy) i nawet to nie wytrąciło mnie z równowagi. Pracowałam do lutego, kiedy to brzuch zaczął mi przeszkadzać w sięganiu do stołu laboratoryjnego. W kwietniu, tydzień przed terminem, zostaliśmy rodzicami. Drugie zdanie wygłoszone przeze mnie po porodzie brzmiało: "tak wygląda poród?! To ja mogę dalej rodzić." Rok z Kubą w domu naprawdę był urlopem, dlatego miesiąc przed końcem postanowiliśmy postarać się o drugie dziecko. Udało się od razu. Druga ciąża dała nam w kość. Fizycznie i psychicznie. Odbiła się na mnie, na naszym związku i jeszcze długo posłuży jako antykoncepcja. Przez całą ciążę miałam wizyty u ginekologa co tydzień lub dwa. Na SOR jechałam kilka razy, w tym raz sama prosto z wesela kuzynki. Na początku ciąża była bliźniacza i choć był to dla nas szok (M mi nie wierzył i musiałam go pół wieczoru przekonywać) to następnego dnia wybraliśmy samochód, w którym zmieszczą się trzy foteliki. Kiedy po dwóch tygodniach okazało się, że bije tylko jedno serduszko miałam mnóstwo mieszanych uczuć. Z jednej strony czułam smutek, ale gdzieś wewnętrznie poczułam też ulgę, że ciąża nie będzie ciążą wysokiego ryzyka. Nie będę próbowała tego opisać, bo moje uczucia nigdy nie były tak zawiłe jak w tamtym momencie i wiem, że słowa nigdy ich nie oddadzą. Później było wielowodzie, cholestaza, zgagi, bóle kości ogonowej, kręgosłupa i królowa dolegliwości ciążowych: niekończąca się burza hormonów. Urodziłam miesiąc przed terminem, dzień po tym jak nasi przyjaciele wsunęli w Ścianę Płaczu karteczkę z moim błaganiem o jak najwcześniejszy, szczęśliwy poród. Udało się - był jeszcze lepszy niż pierwszy, o czym mogłabym chyba napisać książkę. Żałuję, że w standardzie jest poprzedzony 9 miesiącami stanu, w którym nie znosimy (ja i mój mąż) mojej osoby. W przeciwnym razie rodziłabym częściej ;-).

Wracając do tematu.... Nasza historia nie jest wyjątkiem. Wystarczyło, że powiedziałam kilku osobom i okazuje się, że nawet wśród naszych znajomych były ciąże pozamaciczne, że o poronieniach nie wspomnę... Nie mówi się o tym głośno i robi wokół otoczkę jakby to było coś złego.  Dostałam olbrzymie wsparcie od przyjaciół i rodziny, ale nikt by się sam nie domyślił przez co przechodzimy. Jakie miałam myśli w tym trudnym okresie? Był etap obwiniania siebie, był moment, kiedy czułam się wadliwa i niekobieca. Był etap zazdrości o szczęście innych. Nie takiej, że życzyłam innym źle.... Ale zastanawiałam się nie raz dlaczego wszystkim się udaje, a my nie możemy zostać rodzicami. Pamiętam jak spotkałam znajomą na badaniu krwi. Ona z delikatnie zarysowanym brzuchem, ja zaś przyszłam sprawdzić po raz ostatni czy na pewno nie ma śladu po ciąży pozamacicznej. Zapytałam o termin. Słabo mi się zrobiło, kiedy podała tą samą datę, którą ja sobie wyliczyłam... 

Drażni mnie, że poronienia, problemy z płodnością, ciąże pozamaciczne itp. to temat tabu, a z kolei nikt nie ma problemu z zadawaniem pytań: kiedy dziecko? A o drugie już się staracie? Lepsze są tylko hasła: "Możemy Wam pokazać jak to się robi", "Nam udało się od razu, nie wiecie jak się za to zabrać?" itd. Dokładnie taki tekst usłyszałam od znajomego kilka dni po wyjściu ze szpitala. Nie pytał nawet czy chcemy już mieć dzieci. Głupio zagadał, bo przecież już od kilku lat byłam po ślubie. Nie tylko sprawił mi przykrość, ale też mnie wkurzył. Powiedziałam otwarcie o naszej sytuacji. Usłyszałam też kiedyś, właśnie w tym okresie, że mam za dobrze, że wszystko mi łatwo przychodzi, że przecież wszystko dostaję na tacy... Pomyślałam, że może faktycznie tak jest, a brak dziecka to jakieś wyrównanie. Dla równowagi we wszechświecie. Mój mózg takie głupoty przyjmował jak gąbka wodę. Podsumowując - każda niemożliwie durna myśl przetoczyła się przez moją głowę, ale miałam obok bliskich, którzy naprostowali moje myślenie. Dlatego jeśli jesteście w podobnej sytuacji to mówcie o tym. Może nie tak publicznie jak ja, bo cały czas mam wątpliwości czy ten post nie jest błędem, ale mówcie swoim bliskim. Nie róbcie tabu ze swoich uczuć. Nikt nie wie co czujecie i nawet jeśli domyśli się to raczej sam nie rozpocznie tematu. A ciągłe pytania rodziny traktujcie z przymrużeniem oka lub wprost powiedzcie jak to u Was wygląda. Pamiętajcie, że lata temu ludzie częściej mieli problem z nadmierną płodnością, dlatego babcia niekoniecznie może zdawać sobie sprawę z tego, że czasy zmieniły się także w tej kwestii. I niestety to prawda: wyluzujcie.

Teraz, po kilku latach, kiedy jestem (zazwyczaj) bardzo szczęśliwą mamą mam dwie myśli. Pierwsza, pojawia się czasem i brzmi: "mogłam mieć już piątkę dzieci", ale tak naprawdę to jedno wielkie kłamstwo. Jeśli pierwsza ciąża nie byłaby z pięcioraczkami lub druga z czworaczkami to na pewno nie dobiłabym do takiej liczby potomków. Druga myśl jest taka, że dzięki temu wszystkiemu mocno dojrzeliśmy jako związek. Jasne, kłóciliśmy się, przez burze hormonów (i mój trudny charakter) wylaliśmy na siebie trochę brudów. Jednak tak naprawdę te wydarzenia zbliżyły nas do siebie i nie żałuję już, że stało się tak jak się stało. W nagrodę mam teraz w domu trzech cudownych facetów i choć codziennie na nich narzekam, a na myśl o przyszłości i trzech parach brudnych skarpet na podłodze przy kanapie robi mi się słabo to jednak nie zamieniłabym tego na nic w świecie. I podtrzymuję, że gdybym mogła coś zmienić w swoim życiu to chciałabym żeby przy naszym świątecznym stole z powrotem zasiedli dziadek z wujkiem. Bo reszta jest idealna. Tego idealnego życia życzę Wam, nie traćcie wiary, nie nakręcajcie się. I wyluzujcie :)
A ja bardzo mocno trzymam kciuki!


Uściski,
A.

PS: Był to najtrudniejszy post jaki napisałam w swoim długim życiu, dlatego będzie mi bardziej niż miło jeśli go udostępnisz, polubisz, skomentujesz. Konstruktywna krytyka też mile widziana. A ponieważ w tym tygodniu mam urodziny to potraktuj to jako prezent dla mnie ;)

PS2: Spójrzcie na pierwsze zdjęcie - Tomek mógłby grać wujka Chestera z rodziny Adamsów! 



10/31/2018

Wegańskie pankejki z opcją dla niewegan.

Wegańskie pankejki z opcją dla niewegan.
Jest na tym świecie naprawdę sporo rzeczy, które poprawiają mi humor. Ulubione piosenki z marszu wprowadzają mnie w dobry nastrój. Uśmiech dziecka potrafi rozjaśnić nawet najsmutniejszy moment. Pozytywne emocje z filmu mi się udzielają. Przyjaciele i rodzina, gry planszowe, książki, wdrażanie nowych produktów w pracy lub oglądanie ich na półkach sklepowych (to ostatnie humor poprawiło mi trzy lata temu). Mogłabym tak wyliczać i wyliczać, ale co tu dużo mówić, najważniejsze jest jedzenie!

Uwielbiam dobrze zjeść - od słodkiego po słone. Uwielbiam, gdy jedzenie jest estetycznie podane. Uwielbiam, kiedy siada nas więcej do stołu. Nie jest to wystarczającą motywacją do dalszego powiększania rodziny, ale te trzy rzeczy z pewnością mają wpływ na moje poczynania w kuchni. 

Wegańskie pankejki


Jednym z wdzięczniej wyglądających dań są placki zwane też pankejkami. Jemy je na śniadanie pierwsze i drugie oraz podwieczorek. Sprawdzają się jako przekąski, można je zabrać do pracy, zapakować dziecku do szkoły lub na piknik. Przepisów w sieci jest mnóstwo, ale u nas króluje wersja wegańska ze względu na nietolerancję mleka krowiego i jaj. 
Chwilę zajęło mi stworzenie przepisu, z którego, mimo nieobecności jajek, wychodzą ładne, równe, a przede wszystkim smaczne placki.

170g = 1 szklanka = 250ml mąki
szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier wanilinowy 1 saszetka = 16g *
1 szklanka = 250ml mleka roślinnego**
3 łyżki oleju roślinnego ***

* jeśli nie pasuje Wam wanilia zamieńcie na cukier puder lub użyjcie cukru pudru i ekstraktu z wanilii
** jeśli nie jesteś alergikiem lub weganinem możesz użyć mleka krowiego
*** używam oleju kokosowego, ale rzepakowy też się sprawdza, oliwa ma zbyt charakterystyczny smak

Sypkie składniki przesiać do jednej miski. W drugiej, większej misce, połączyć składniki płynne. Stopniowo dodawać sypkie do płynnych cały czas miksując. 

Rozgrzać patelnię uprzednio posmarowaną niewielką ilością oleju (najlepiej użyć ręcznika papierowego). Wylewać na patelnię ciasto tworząc kółka o średnicy 5cm. Kiedy na powierzchni placków pojawią się pęcherzyki należy je przewrócić na drugą stronę i smażyć jeszcze chwilę.

Podawać z dżemami, konfiturami, syropem klonowym, masłem orzechowym, bitą śmietaną i oczywiście.... Z owocami.

śniadanie dla dziecka ze skazą
 
wegańskie pankejki


vegan pancakes

placuszki dla dziecka z alergią

dobre śniadanie

 healthy breakfast

vege breakfast

wegańskie placuszki


Smacznego!

Lubicie takie śniadania czy preferujecie na przykład kanapki? Wolicie śniadanie na ciepło czy nie ma to dla Was znaczenia? Co jecie najczęściej? 

A.

PS: Tak jak wspomniałam ostatnio na Instagramie - napisałam bardzo, bardzo osobisty post o drodze do macierzyństwa. Miałam wątpliwości czy go publikować, gdyż mam wrażenie, że mniej obnażyłabym się wrzucając swoje nagie zdjęcia... Ale opublikuję. Także wypatrujcie, pojawi się na dniach!

3/26/2018

Wielkanocne aranżacje

Wielkanocne aranżacje
Już w tym tygodniu Wielkanoc, dlatego dziś zaczynam dekorowanie domu. W oknie na żyłkach zawisną pastelowe jajka, na komodzie w wielkim szklanym słoju staną bazie z biało - czarnymi pisankami. Na stole już od kilku dni goszczą szafirki, ale jeśli tylko pogoda na to pozwoli pójdę z chłopakami na spacer i mam nadzieję, że przyniesiemy do domu tulipany i żonkile. Ze sklepu, żeby nie było ;)

Jeśli z dekorowaniem domu na święta jesteście w polu to wykorzystajcie to pole! I las, łąkę, ogród. Przynieście do domu bazie, gałązki brzozy, mech i kwiaty... Dużo kwiatów - przebiśniegi, żonkile, hiacynty, tulipany i co innego sobie zamarzycie.

wielkanocne dekoracje

easter







Do pokoju chłopaków zrobiłam prostą, kolorową girlandę. O ile reszta domu będzie utrzymana w pastelowej kolorystyce to w pokoju dziecięcym będzie radośniej i bardziej kolorowo.






Do dekorowania użyję rzeżuchy (rośnie trzeci tydzień) i mchu. Rzeżucha wygląda ślicznie, kiedy wystaje ze skorupek jajek. Ustawione w kieliszkach do jajek będą piękną ozdobą. Mchem wypełnię brzegi doniczek, jeśli zdążę zrobię wianek i pisanki z mchu.




Mam jeszcze trochę styropianowych jajek do ozdobienia. Część pomalowałam zwykłym pisakiem... Czarne wzorki, napis, kropki robi się błyskawicznie. Większe chcę przybrać mchem i koronkową wstążką tworząc pisanki w stylu rustykalnym.




Zaglądajcie na moje konto na Instagramie, tam na bieżąco możecie obserwować moje poczynania, na pewno pokażę Wam jak ozdobiłam mieszkanie. Powyższe zdjęcia przygotowałam we współpracy z producentem stolarki okiennej. Na blogu firmy Vetrex znajdziecie inspiracje z podziałem na 5 klimatów, który jest Wam najbliższy? Tradycyjny: żółto- zielony, pastelowy, rustykalny, czarno-biały oraz kolorowy- dziecięcy.

Uściski,
A.

3/08/2018

O zabawkach, czyli inspiracja do stworzenia wyposażenia kuchni dla dzieci.

O zabawkach, czyli inspiracja do stworzenia wyposażenia kuchni dla dzieci.
Kiedy na świat przychodzi dziecko życie, całkiem słusznie, zaczyna się kręcić wokół niego. I nasza wypłata również! Najpierw wyprawka - ciuszki, kosmetyki, łóżeczko, wózek, fotelik, akcesoria, zabawki. Nie ma co ukrywać, naprawdę sporo rzeczy musimy nabyć, aby zaspokoić najważniejsze potrzeby. Potem dochodzą pragnienia.... Nasze, no przecież nie małego Bakłażana siedzącego podczas zakupów w brzuchu. Hormony oraz niespełnione marzenia z dzieciństwa, wizje pięknie urządzonego pokoju, realizacje pomysłów podpatrzonych w sieci czy zwyczajnie chęć zakupu tego, co nam wpadło w oko. Typowy konsumpcjonizm. Śliczna bluzeczka z moim ulubionym motywem, czyli jednorożcem rzygającym tęczą, piękna sukienka z toną brokatu, cekinów i tiulem, mały garniturek, w którym synek będzie wyglądał jak Stary Maleński. I te swetry - taki sam dla ojca i syna. Jak tu nie wymięknąć? Smoczek - jeden? No gdzie tam, przecież jest tyle ciekawych wzorów. Kocyki - koniecznie kilka, do domu, na spacer, do leżenia w kołysce, łóżeczku i osobny do Kosza Mojżesza. Jakiś trzeba też zostawić u babci. Poduszka do karmienia - obowiązkowo. Laktatory, butelki, suszarki do nich. Miliony urządzeń - nianie, termometry, monitory, sterylizatory, podgrzewacze, nawilżacze. Że już nie wspomnę o urządzeniu do odstraszania komarów, bo to chyba oczywista oczywistość! Kojce i maty- piankowe, materiałowe, edukacyjne. Foteliki, bujaczki, krzesełka, huśtawki. I mogłabym tak w nieskończoność...
Nie krytykuję, dlaczego nie korzystać z udogodnień XXI wieku, skoro możemy sobie na nie pozwolić... Jednak, gdzieś w tym wszystkim dobrze zachować rozwagę, szczególnie, kiedy wkraczamy w kolejny etap życia z dzieckiem, czyli mamy w domu starszaka.
Starszak to dziecko, które ma własne pragnienia. A pragnienia te zmieniają się w zależności od tego, co nasze dziecko ma w zasięgu wzroku. Zmorą są regały usytuowane przy kasach, jeździki na żetony zaraz za wejściem do centrum handlowego i kolorowe wystawy w sklepach z zabawkami. A dziecku ciężko odmówić. I koło się zamyka.

Kuba jest na etapie, że interesuje go wszystko. Po wejściu do sklepu pierwsza próba wymuszenia następuje na dziale z pieczywem. Płacze, kiedy widzi bułki, tak bardzo ich chce. Potem fascynację i pożądanie przenosi na różne, losowe produkty ze wszystkich działów, ale widać, że jest fanem glutenu, bo przejeżdżając obok makaronu powtarza sytuację sprzed regału z bułkami. Aż dochodzimy do kas - wtedy Kuba chce jajo. Nie ma pojęcia, że w środku jest czekolada, ale chętnie przygarnie zabawkę.

Rzadko kupuję zabawki. Nie lubię tandety i chińskiego badziewia - choć zdarza się, że ulegam. W zeszłym tygodniu kupiłam wielki, plastikowy wóz strażacki za 20 zł w Pepco - Kuba nawet raz z nim spał. Wychodzę też z założenia, że ilość zabawek nie przekłada się na szczęście. Co więcej nie jest jednoznaczne ze szczęściem i spokojem rodzica, bo więcej zabawek = dłuższe sprzątanie. Lubię zabawki  drewniane i kreatywne, ilość staram zamienić się na jakość. Poza tym chłopaki rzadko dostają prezenty bez okazji, a Dziadkowie nie zarzucają nas zabawkami przy każdej wizycie tylko, na szczęście, wolą poświęcić chłopakom czas :)

Wyjątkiem są oczywiście Święta. W tym roku głównymi prezentami były rowerek biegowy i kuchnia. Kubusia kuzynka również dostała kuchnię. Jak wiadomo listy w imieniu niespełna dwulatków piszą rodzice. Rodzice Kuby kuzynki aspirują do Master Chefa ;), mną kierują bardziej egoistyczne pobudki - przecież nie będę sama gotowała trzem chłopom przez całe życie.

Jednak kuchnia z kilkoma gadżetami to marna zabawa. Można pić wymyśloną kawę, ale trzeba mieć kubeczki. Można jeść wymyślone jedzenie, ale ile frajdy sprawia zabawa, kiedy w kuchni są warzywa, owoce, ciastka i produkty do zrobienia kanapek! Sklepy oferują mnóstwo takich rzeczy... Plastikowe pewnie usatysfakcjonowałyby dzieci, ale mnie nie. Chciałam kupić drewniane, ale na większą ilość musiałabym wydać prawie tyle co na kuchnię. Poza tym drewniane są ciężkie i gotowane w metalowych garnkach mocno hałasują. Sposób idealny: warzywa filcowe. Polecam każdemu. W kilka wieczorów wyczarowałam prezent urodzinowy dla Amelki. Kuby zestaw na razie ma kształt filcowych arkuszy ;)
filcowe jedzenie

jedzenie do zabawy dla dzieci
 
jedzenie z filcu

Zabawki dla dzieci


zabawkowe jedzenie

Master Chef Junior

zrób sam jedzenie z filcu



Podoba się? Co jeszcze zrobilibyście z filcu?
Chcecie post z instrukcją lub szablonami?
No i jakie zabawki kupujecie dzieciom? 
Często czy "od święta"?


Uściski,
A.

A jeszcze taka ciekawostka... Ostatnio, w kolejce w Biedronce pewien tata sześcioletniej dziewczynki podzielił się ze mną metodą, którą wymyśliła Jego żona, kiedy córka wkroczyła w etap "chcę to". Zaczęli mówić Małej, że produkt zawiera psią kupę. Od tego czasu córka podaje im produkty, które wypatrzy i mówi: -Mamo, sprawdź skład. Nie ma tam psiej kupy?

2/22/2018

O jabłkach, które ratują z doła i niezapowiedzianych gości.

O jabłkach, które ratują z doła i niezapowiedzianych gości.
Jakiś czas temu podzieliłam się z Wami swoimi sposobami na poprawę humoru.. Niestety sprawa skomplikowała się, kiedy moja dieta została pozbawiona jajek i nabiału. Nauczyłam się diety wegańsko - mięsnej ;) i nie jest dla mnie problemem gotowanie. Coraz lepiej radzę sobie z zamianą składników. Deprechę mam jednak, kiedy na szybko potrzebuję cukru. A mam tak zdecydowanie za często, co niestety widoczne jest w moim obwodzie. Już wkrótce ciężko będzie zrzucić winę za obecność koła ratunkowego na ciążę. Dlatego, kiedy już tego cukru potrzebuję cieszę się, że jest ten niezawodny, smaczny i szybki przepis. Idealny, kiedy spontanicznie wpada do Was przyjaciółka. Przepyszny na ciepło. Nie do znudzenia. Nie do przejedzenia. Wegański. Jedna z lepszych alternatyw na coś słodkiego dla dzieci. Dla dzieci ze skazą białkową. Nic odkrywczego, a często zapomniane. 

szybki deser | co zrobić z jabłek? | przepis na szybkie ciasto | wegański deser | skaza białkowa

co zrobić z jabłek? | przepis na szybkie ciasto

przepis na szybkie ciasto

szybki deser

przepis na coś słodkiego | szybki przepis na coś słodkiego | jabłka


Jabłka pod kruszonką 

lub uogólniając 

Owoce pod kruszonką 

3-4 jabłka (czasem mieszam z pestkowanymi wiśniami, malinami, gruszką)
cukier wanilinowy (saszetka tj. 15g)
cynamon
150g mąki
100g oleju kokosowego
60g cukru

Nastaw piekarnik na 200 st.C. Jabłka obierz i pokrój na kawałki - kostka czy plasterki - kwestia gustu. Wrzuć do naczynia żaroodpornego i wymieszaj z cynamonem oraz połową cukru wanilinowego. W misce przygotuj kruszonkę: mąkę, olej kokosowy (może być masło), cukier i resztę cukru wanilinowego połącz ze sobą - wystarczy chwilę mieszać ręcznie. Rozsyp nad jabłkami. Wstaw do piekarnika na 20 minut. 

Używam naczynia o średnicy 25 cm. Jeśli dodaję wiśnie to do kruszonki dodaję migdały.

To czym się dziś "docukrzycie"? Jadacie jabłka pod kruszonką? Podzielcie się swoim szybkim przepisem :-)

A.