11/05/2018

Droga do macierzyństwa - moja spowiedź.

Długo zastanawiałam się czy poruszyć ten temat i nadal borykam się z myślami. Nie jest w tematyce bloga, nikt mnie o niego nie prosił. Jednak gdzieś tam w głębi serca czuję, że mogę tym wpisem pomóc niejednej z Was.

Jakiś czas temu, 15 października, obchodzono Dzień Dziecka Utraconego. Szczerze? Nie miałam pojęcia, że istnieje taki dzień. Przeczytałam o nim w wiadomościach na jednym z serwisów internetowych. Ponieważ temat jest mi bliski kliknęłam tytuł artykułu i od tego momentu cały czas myślę, żeby podzielić się z Wami moją historią. Nie dlatego, że potrzebuję pocieszenia lub wsparcia, ale dlatego, że jest na świecie mnóstwo osób, które przechodzą przez to samo i zadają sobie te same pytania, którymi ja się zadręczałam.

Dawno temu, długo przed ślubem i długo przed tym jak związałam się z moim mężem, gdzieś w swoich fantazjach myślałam, że przed 30 będę mieszkała w domu z białym płotkiem. Z pięknym ogrodem, w którym na każdym rogu będą obficie kwitły hortensje (różowe rzecz jasna!), a po soczyście zielonej trawie będą biegały roześmiane dzieci. Dziewczynka i chłopiec. Chłopak starszy żeby pilnował w szkole młodszej siostry i żeby ona mogła się podkochiwać  w jego kolegach. Oczywisty i prosty plan, prawda? Potem trochę podrosłam, w sklepie mogłam kupić alkohol, a z domu pozwalali wychodzić nie tylko do dobranocki... Wtedy stwierdziłam, że jednak fajne jest to dorosłe życie i szkoda byłoby je ograniczać domem i dziećmi. Dlatego po ślubie nie rozmawialiśmy na temat dzieci. Wiedzieliśmy, że chcemy je mieć, ale trzydziestka zaczęła się zbliżać i nagle ta myśl o dwójce przed trzydziestką była nie tyle nierealna co prawie przerażająca - przecież nie zdążymy nacieszyć się życiem. I nagle wokół nas zaczęły pojawiać się dzieci. Nie pamiętam jak to dokładnie było, ale nagle bum! Jak strzała amora... Poczułam, że chcę być mamą. Nie za dwa lata, pięć czy trzy. Najlepiej jutro. Tak, tak, 9 miesięcy i te sprawy. Ale gdzieś przebąkiwali coś o bocianie i kapuście. Mówili też, że jak się czegoś bardzo chce to się spełni. Więc zaczęliśmy spełniać swoje marzenie. Bardziej moje na początku - do dziś to słyszę. No ale umówmy się! Sama bym sobie dziecka nie zrobiła.

Pierwszy miesiąc - nie udało się. Trudno. Zero presji, mamy czas. Drugi. E tam, uda się w kolejnym. W trzecim byłam u ginekologa. Ot tak, wizyta kontrolna raz w roku. No i ginekolog nakręcił mnie na obserwację cyklu poprzez usg. Niby pierdoła, ale to chyba był ten moment, kiedy starania o dziecko przestały być spontaniczne, a ja zaczęłam odczuwać presję. Bo przecież powiedział, że będzie jajeczkowanie! A ja w tym trzecim miesiącu znowu nie zaszłam w ciąże. Byłam "obrażona" na lekarza i umówiłam się do zupełnie innego w szpitalnej przychodni. Na NFZ za trzy miesiące, bo już wtedy pewnie będę w ciąży.... W czwartym i piątym nie robiłam USG, wmawiałam sobie, że mi nie zależy tak bardzo.... W szóstym miesiącu, kiedy okazało się, że nie jestem w ciąży stwierdziłam, że wracam do mojego lekarza. Wzięłam lek wspomagający zajście w ciąże, zrobiłam USG . No i w głowie miałam myśl: "teraz to już mur beton będzie ciąża, szczególnie, że to miesiąc moich urodzin". O 7 rano w swoje urodziny, tydzień przed datą kolejnego okresu, pojechałam na badanie krwi do szpitala. Chyba nawet M. nie powiedziałam, że jadę zbadać Beta HCG - hormon produkowany w ciąży, który bardzo szybko potwierdza ten stan. Pięć godzin później miałam odpowiedź i doła. Pamiętam jak płakałam nad szykowanymi dla gości ciastami. Dwa dni po urodzinach miałam wspomnianą wizytę u lekarza w szpitalu, zalecił badanie drożności jajowodów. Tylko że tydzień później nie miałam okresu, za to wracając od znajomych poczułam wielką ochotę na wątróbkę. Tak wielką, że przejeżdżając obok Inter Marche wysiadłam z autobusu i poszłam ją kupić. Było to o tyle dziwne, że owszem, lubię wątróbkę, ale nigdy jej sama nie robiłam, jadłam sporadycznie, kiedy robiła ją babcia. Następnego dnia przed pracą zrobiłam test. Po trzech minutach brak kreski. Po 5, 10 i 15 też. Test poszedł do śmietnika, ja poszłam do pracy. Minęło naprawdę dużo czasu, ale pamiętam to wszystko tak dokładnie jakby to było wczoraj. Wróciłam do domu i wiecie co zrobiłam? Zajrzałam do śmietnika. Nie wiem po co, ale to zrobiłam. Wyjęłam test i zobaczyłam bladą, bladziutką kreskę. Zadzwoniłam do przyjaciółki. Nie do męża, bo przecież nie odczytuje się testu po nie wiadomo ilu godzinach. Musiałam się upewnić, że to ma sens. Podobno nie miało, ale wysłałam Oli zdjęcie testu. Rozsądnie kazała powtórzyć test. M. kupił testy (kilka, jak w filmie, bo przecież jeden może się mylić) i czekaliśmy w trójkę na wynik. Do rana, żeby była większa pewność. Ale była radość! Hurra, udało się! W weekend powiedzieliśmy rodzicom, pamiętam ich szczęście i wzruszenie. Pamiętam huk otwieranej butelki szampana, którą mój teść wyciągnął ze spiżarni. Potem gratulacje od naszych przyjaciół. Prezent od Oli - poduszkę do spania, bo już wkrótce będzie mi potrzebna. Wizyta u lekarza trochę mnie stresowała, ale nie spodziewałam się tego co nastąpiło. Ciąża była, ale jej nie było. Nie było nawet pustego pęcherzyka, nic. Tak może się zdarzyć na wczesnym etapie, dlatego nie panikowałam. Po kilku dniach kolejne badanie i znowu kolejne, dodatkowo dwa badania krwi, aż w końcu usłyszeliśmy: ciąża pozamaciczna do usunięcia. Pojechaliśmy do szpitala. Po kilku godzinach na izbie przyjęć przyjęli mnie na oddział. Było już dość późno, większość lekarzy poszła do domu. Położyłam się na sali, M. musiał jechać do pracy, a ja zostałam tam sama ze swoimi myślami i z dwiema Paniami na łóżkach obok. Jedna z nich zapytała o powód mojej wizyty na oddziale. Nie zapomnę tego, że powiedziała "też miałam pozamaciczną, a teraz nie mam dzieci". Jak się okazało później to dlatego, że rozstała się z mężem, ale dla mnie to było jak cios siekierą. Przeryczałam pół nocy. Rano poszłam na usg - ja, ordynator i tłum lekarzy, rezydentów, stażystów. Tłumaczyli mi moje możliwości - operacja lub podanie chemii. Wiecie jakie pytanie zadałam? Po czym szybciej wyjdę ze szpitala. A potem przestałam ich widzieć, z emocji padłam na kozetkę. Chwilę później wybrałam operację. Ordynator poradził żebym się jeszcze zastanowiła, porozmawiała z mężem. Poszłam do M i postanowiliśmy poprosić o wsparcie naszą przyjaciółkę lekarkę. Magda przybiegła do nas błyskawicznie i namówiła mnie na chemię. Dostałam izolatkę, podali lek i zostawili samą na cały dzień. Następne dwa dni były czekaniem na wynik. Mieliśmy tę komfortową sytuację, że M. mógł być ze mną prawie cały czas. Przychodził o 12, kiedy zaczynały się odwiedziny i wychodził o 20. Czwartego dnia przyjechała do mnie cała grupa dziewczyn z pracy - moich najbliższych koleżanek z labu. Przywiozły słodkości, prezenty i kosmetyczkę: wypiłowały mi paznokcie i pomalowały na różowo. Chyba nie mają pojęcia jak ich odwiedziny i ucieczka z oddziału na godzinę lub dwie bardzo mi wtedy pomogły. Następnego dnia okazało się, że lek nie zadziałał. Podali drugą dawkę. A ja czekałam kolejne trzy dni znudzona towarzystwem M i prowadzeniem zdawkowych rozmów Poza moimi trzema przyjaciółkami, dziewczynami z pracy i rodzicami na początku nikt nie wiedział o tym, że jestem w szpitalu. Nie wiem dlaczego zrobiliśmy z tego tak wielką tajemnicę. Wstydziłam się? Bałam współczucia? Może pytań?  Siódmego dnia zadzwoniła moja kuzynka, która dwa tygodnie wcześniej urodziła córeczkę. Pytała czemu jeszcze Ich nie odwiedziłam. Pół godziny później była u mnie. Ucieszyłam się z tych odwiedzin, z serca spadły mi przynajmniej dwa z zalegających tam kamieni. Tak dobrze było otworzyć się przed kolejnymi osobami. Tak mi bliskimi przecież. Po 9 dniach od przyjęcia wypuścili mnie do domu. Pamiętam wszystko - jedliśmy z M. na obiad pierogi kupione w pobliskiej pierogarni. Najgorsze jakie jadłam w życiu. Położyłam się do łóżka i zaczęłam najdłuższy, najnudniejszy i najbardziej nieproduktywny okres w swoim życiu. Był 9 grudnia, a ja miałam wolne aż do świąt. W tym czasie w pracy chodziły już plotki o mojej ciąży, bo przecież to jasne jak 2+2. Szpital, ginekologia i L4 - na 100% jestem w ciąży. "Moje" dziewczyny nic nie tłumaczyły, a reszta nie pytała tylko stwierdziła. Przebimbałam ten grudzień nie robiąc nic. Nie czytałam, nie nadrabiałam seriali. Nie płakałam też właściwie wcale. Ale to były wyjątkowo jałowe dni. Z kreatywnych rzeczy zrobiłam jedną filcową zawieszkę na choinkę. Do dziś nie doczekała się filcowych sióstr, nigdy też nie zawiesiłam jej na choince. Jednak ciągle ją mam.

Pewnym przełomem były urodziny M. Kilka dni przed świętami przyszły do nas dwie pary przyjaciół. Obie z maluszkami. Uwielbiam te dzieci i moje uczucia w tamtym momencie w stosunku do nich się nie zmieniły, ale patrzenie na dziewczyny poruszające raz na jakiś czas temat o dzieciach mnie dobił. Nie żeby robiły to celowo, ale to tak jak spotkanie z ludźmi z pracy po pracy. Czy chcecie czy nie, zawsze wypływa temat, który Was łączy. Dlatego nie dziwiłam się dwóm młodym mamom. Kiedy wyszli miałam doła giganta. To był chyba moment, w którym uświadomiłam sobie co straciłam. Przed północą zadzwoniła Ola, mąż zwrócił Jej uwagę, że była nietaktowna i chciała mnie przeprosić. Ryczałyśmy do telefonu jak wariatki... Po świętach wróciłam do pracy i normalnego życia, owszem, myślałam o tym co się stało, ale zaakceptowałam naszą stratę.

Trzy miesiące później dostaliśmy zielone światło - mogliśmy znów się starać o dziecko. Nie chciałam tak właściwie, chyba nawet oboje nie chcieliśmy. Powiedziałam do M: spróbujmy tylko raz, przecież tyle miesięcy nie mogłam zajść w ciążę to teraz też pewnie nie zajdę. I zaszłam. W święta wielkanocne źle się czułam, wiedziałam już, że jestem w ciąży, ale nic nie mówiłam. Pokłóciłam się z mamą - tak się bałam o ciążę, że migałam się od wszystkiego, dosłownie wszystkiego, spóźniliśmy się do nich o ponad godzinę, a rodzice robili wtedy święta- parapetówkę dla 50 osób, przy której miałam pomóc. Zdecydowanie nie miałam humoru, ale pamiętam, że siostry mojego taty: ciocia Krysia i ciocia Dorota podeszły do mnie (osobno) i zapytały o ciążę pozamaciczną, o to jak się czuję itd. Te rozmowy były kolejnymi, które zadziałały jak terapia, które mi pomogły. Niestety dwa tygodnie później poroniłam.

W kolejną ciążę zaszłam po 5 miesiącach. Nie ma co ściemniać, to zdecydowanie była wpadka. Kilka miesięcy starań przed pierwszą ciążą i nic, a tu nagle spontan i bum! Wyłam, kiedy zobaczyłam dwie kreski. Bałam się strasznie, a radość i hamowany entuzjazm M. tylko mnie drażniły. Stwierdziłam, że nie idę do lekarza, nie zamierzam nic sprawdzać. M. zmusił mnie (musiałam wykluczyć pozamaciczną) i siłą zaciągnął do nowego lekarza. Nie chodziło o to, że był w naszym mniemaniu lepszy, po prostu nie chcieliśmy wracać do gabinetu, który z automatu budził w nas smutne wspomnienia. Zobaczyliśmy pęcherzyk, jeszcze pusty i wtedy poczułam, że będzie dobrze. Dwa tygodnie później oglądaliśmy na monitorze bijące serduszko. Kilka dni po tym miałam plamienie, nie macie pojęcia jak się zdenerwowałam, ale cały czas powtarzałam sobie, że jest serduszko, więc musi być dobrze. Zapytałam lekarza czy mogę pracować, czy nie zaszkodzę tym dziecku. Nie chciałam zostać w domu, ze swoimi myślami. Plamienie minęło, a ja w spokoju rosłam. Chodziłam do pracy, w domu kombinowałam nad metamorfozami, nocami sprzątałam, bo nie mogłam spać. W połowie ciąży miałam stłuczkę (nie z mojej winy) i nawet to nie wytrąciło mnie z równowagi. Pracowałam do lutego, kiedy to brzuch zaczął mi przeszkadzać w sięganiu do stołu laboratoryjnego. W kwietniu, tydzień przed terminem, zostaliśmy rodzicami. Drugie zdanie wygłoszone przeze mnie po porodzie brzmiało: "tak wygląda poród?! To ja mogę dalej rodzić." Rok z Kubą w domu naprawdę był urlopem, dlatego miesiąc przed końcem postanowiliśmy postarać się o drugie dziecko. Udało się od razu. Druga ciąża dała nam w kość. Fizycznie i psychicznie. Odbiła się na mnie, na naszym związku i jeszcze długo posłuży jako antykoncepcja. Przez całą ciążę miałam wizyty u ginekologa co tydzień lub dwa. Na SOR jechałam kilka razy, w tym raz sama prosto z wesela kuzynki. Na początku ciąża była bliźniacza i choć był to dla nas szok (M mi nie wierzył i musiałam go pół wieczoru przekonywać) to następnego dnia wybraliśmy samochód, w którym zmieszczą się trzy foteliki. Kiedy po dwóch tygodniach okazało się, że bije tylko jedno serduszko miałam mnóstwo mieszanych uczuć. Z jednej strony czułam smutek, ale gdzieś wewnętrznie poczułam też ulgę, że ciąża nie będzie ciążą wysokiego ryzyka. Nie będę próbowała tego opisać, bo moje uczucia nigdy nie były tak zawiłe jak w tamtym momencie i wiem, że słowa nigdy ich nie oddadzą. Później było wielowodzie, cholestaza, zgagi, bóle kości ogonowej, kręgosłupa i królowa dolegliwości ciążowych: niekończąca się burza hormonów. Urodziłam miesiąc przed terminem, dzień po tym jak nasi przyjaciele wsunęli w Ścianę Płaczu karteczkę z moim błaganiem o jak najwcześniejszy, szczęśliwy poród. Udało się - był jeszcze lepszy niż pierwszy, o czym mogłabym chyba napisać książkę. Żałuję, że w standardzie jest poprzedzony 9 miesiącami stanu, w którym nie znosimy (ja i mój mąż) mojej osoby. W przeciwnym razie rodziłabym częściej ;-).

Wracając do tematu.... Nasza historia nie jest wyjątkiem. Wystarczyło, że powiedziałam kilku osobom i okazuje się, że nawet wśród naszych znajomych były ciąże pozamaciczne, że o poronieniach nie wspomnę... Nie mówi się o tym głośno i robi wokół otoczkę jakby to było coś złego.  Dostałam olbrzymie wsparcie od przyjaciół i rodziny, ale nikt by się sam nie domyślił przez co przechodzimy. Jakie miałam myśli w tym trudnym okresie? Był etap obwiniania siebie, był moment, kiedy czułam się wadliwa i niekobieca. Był etap zazdrości o szczęście innych. Nie takiej, że życzyłam innym źle.... Ale zastanawiałam się nie raz dlaczego wszystkim się udaje, a my nie możemy zostać rodzicami. Pamiętam jak spotkałam znajomą na badaniu krwi. Ona z delikatnie zarysowanym brzuchem, ja zaś przyszłam sprawdzić po raz ostatni czy na pewno nie ma śladu po ciąży pozamacicznej. Zapytałam o termin. Słabo mi się zrobiło, kiedy podała tą samą datę, którą ja sobie wyliczyłam... 

Drażni mnie, że poronienia, problemy z płodnością, ciąże pozamaciczne itp. to temat tabu, a z kolei nikt nie ma problemu z zadawaniem pytań: kiedy dziecko? A o drugie już się staracie? Lepsze są tylko hasła: "Możemy Wam pokazać jak to się robi", "Nam udało się od razu, nie wiecie jak się za to zabrać?" itd. Dokładnie taki tekst usłyszałam od znajomego kilka dni po wyjściu ze szpitala. Nie pytał nawet czy chcemy już mieć dzieci. Głupio zagadał, bo przecież już od kilku lat byłam po ślubie. Nie tylko sprawił mi przykrość, ale też mnie wkurzył. Powiedziałam otwarcie o naszej sytuacji. Usłyszałam też kiedyś, właśnie w tym okresie, że mam za dobrze, że wszystko mi łatwo przychodzi, że przecież wszystko dostaję na tacy... Pomyślałam, że może faktycznie tak jest, a brak dziecka to jakieś wyrównanie. Dla równowagi we wszechświecie. Mój mózg takie głupoty przyjmował jak gąbka wodę. Podsumowując - każda niemożliwie durna myśl przetoczyła się przez moją głowę, ale miałam obok bliskich, którzy naprostowali moje myślenie. Dlatego jeśli jesteście w podobnej sytuacji to mówcie o tym. Może nie tak publicznie jak ja, bo cały czas mam wątpliwości czy ten post nie jest błędem, ale mówcie swoim bliskim. Nie róbcie tabu ze swoich uczuć. Nikt nie wie co czujecie i nawet jeśli domyśli się to raczej sam nie rozpocznie tematu. A ciągłe pytania rodziny traktujcie z przymrużeniem oka lub wprost powiedzcie jak to u Was wygląda. Pamiętajcie, że lata temu ludzie częściej mieli problem z nadmierną płodnością, dlatego babcia niekoniecznie może zdawać sobie sprawę z tego, że czasy zmieniły się także w tej kwestii. I niestety to prawda: wyluzujcie.

Teraz, po kilku latach, kiedy jestem (zazwyczaj) bardzo szczęśliwą mamą mam dwie myśli. Pierwsza, pojawia się czasem i brzmi: "mogłam mieć już piątkę dzieci", ale tak naprawdę to jedno wielkie kłamstwo. Jeśli pierwsza ciąża nie byłaby z pięcioraczkami lub druga z czworaczkami to na pewno nie dobiłabym do takiej liczby potomków. Druga myśl jest taka, że dzięki temu wszystkiemu mocno dojrzeliśmy jako związek. Jasne, kłóciliśmy się, przez burze hormonów (i mój trudny charakter) wylaliśmy na siebie trochę brudów. Jednak tak naprawdę te wydarzenia zbliżyły nas do siebie i nie żałuję już, że stało się tak jak się stało. W nagrodę mam teraz w domu trzech cudownych facetów i choć codziennie na nich narzekam, a na myśl o przyszłości i trzech parach brudnych skarpet na podłodze przy kanapie robi mi się słabo to jednak nie zamieniłabym tego na nic w świecie. I podtrzymuję, że gdybym mogła coś zmienić w swoim życiu to chciałabym żeby przy naszym świątecznym stole z powrotem zasiedli dziadek z wujkiem. Bo reszta jest idealna. Tego idealnego życia życzę Wam, nie traćcie wiary, nie nakręcajcie się. I wyluzujcie :)
A ja bardzo mocno trzymam kciuki!


Uściski,
A.

PS: Był to najtrudniejszy post jaki napisałam w swoim długim życiu, dlatego będzie mi bardziej niż miło jeśli go udostępnisz, polubisz, skomentujesz. Konstruktywna krytyka też mile widziana. A ponieważ w tym tygodniu mam urodziny to potraktuj to jako prezent dla mnie ;)

PS2: Spójrzcie na pierwsze zdjęcie - Tomek mógłby grać wujka Chestera z rodziny Adamsów! 



35 komentarzy:

  1. Piękny post .Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Długo się zastanawiałam, ale odzew jaki dostałam utwierdził mnie w przekonaniu, że to dobra decyzja :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Agnieszka! Bardzo wzruszający i faktycznie bardzo intymny. Mam nadzieję, że pomoże komuś i jakaś kobieta, pragnąca mieć dziecko "wylizuje" i się im uda! Niestety dużo takich rodzin, które mają idealne warunki a natura nie chce współpracować 😐 wysztkiego dobrego 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3 Też mam taką nadzieję, choć chyba tak będzie, bo odzew jest niesamowity, szczególnie w prywatnych wiadomościach. Dziękuję :*

      Usuń
  3. Ja przeżyłam tylko jedną stratę i to bardzo mocno... uczucia i strach o kolejną ciążę długo mi towarzyszyły. Ściskam mocno i dziękuję, że się podzieliłaś swoją historią. Pozdrowienia dla cudownej rodzinki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że w tej kategorii to nadal aż jedna strata :( Ja najmocniej przeżywałam pierwszą stratę, ale po czasie najsmutniej mi z powodu ostatniej - bliźniaka. Czasem jak patrzę na Tomka to mam taką myśl, że mógł z nami być jeszcze jeden taki sam... Co niesamowite - do ostatniej chwili zastanawialiśmy się: Franek czy Tomek. Kilka dni po jego narodzinach uzupełniałam album i poprosiłam Maćka o sprawdzenie co znaczy Tomasz. Aż ciarki miałam, kiedy okazało się, że imię pochodzi z aramejskiego i oznacza "Bliźniak".
      Uściski dla Was :* Cudownie, że już wkrótce będzie Was więcej :)

      Usuń
  4. Jakie to prawdziwe.. teraz to tylko życzyć zdrowia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - zdrowie najważniejsze i o nic innego nie proszę dla rodziny :)

      Usuń
  5. Po części wiem co czulas w tamtym momencie, ale tylko po części. I powiem Ci ze bardzo dobrze że napisałaś taki post! Sama kiedy byłam w tym trudnym okresie i nie umiałam z nikim o tym rozmawiać to szukałam właśnie w necie postów, blogów gdzie mogłabym przeczytać że nie jestem z tym problemem sama, że niestety mnóstwo kobiet przez to przechodzi ale ze każda albo prawie każda z nich w końcu doczekała się wspaniałego potomstwa :) brawo za odwagę i dzięki za ten wpis! 😘👏

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* Trzymam mocno kciuki za to żeby u Ciebie było dobrze :*

      Usuń
  6. Najgorsza jest ta panika, która się pojawia kiedy po raz kolejny widzi się te dwie kreski... Dziękuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda... Pamiętam moją panikę jakbym robiła test wczoraj. Trzymam kciuki! I to ja dziękuję :-)

      Usuń
  7. Bardzo osobista historia, mamy ze sobą trochę wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym wypadku wolałabym żebyśmy nie miały... Pozdrawiam i dziękuję za poświęcenie chwili :)

      Usuń
  8. Takie posty to wielka odwaga. Nie dlatego, że to tabu, że intymne, tylko tyle tu emocji, że możnaby nie ogarnąć tego słowami. A Ty spróbowałaś i udało Ci się znakomicie. :) Brawo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Twoje słowa wiele dla mnie znaczą :* Kiedy zaczęłam pisać post wpadłam w trans jakiego jeszcze nigdy nie miałam przy pisaniu. Tylko wtedy nie byłam jeszcze pewna czy to opublikuję. Reakcja jaka się pojawiła, głównie w prywatnych wiadomościach, utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam.Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Dzielna, wspaniała, niesamowita !!! Pięknie napisałaś ten post bije z niego Twoje dobre serducho. Życzę Ci najmocniej na świecie żeby ta trójka Twoich cudownych mężczyzn zawsze dawała Ci tyle radości, miłości, żeby cała trójka Cię rozpieszczała (nawet jeśli te skarpety trzeba będzie zbierać i prać) ściskam mocno 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana jesteś! Też sobie życzę żeby mnie rozpieszczali. Póki co przynajmniej Kuba mówi, że jestem ich księżniczką :D

      Usuń
  10. Czytałam i łzy mi się turlały. Cieszę się, że mimo smutnych doświadczeń udało Wam się zostać rodzicami. Jesteś niesłychanie silna kobietą w moim odczuciu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) Taka całkiem silna nie jestem, ale te doświadczenia na pewno mocno mnie zmieniły i ukształtowały to kim jestem dzisiaj.

      Usuń
  11. P.S. zapomniałam dopisać, że po narodzinach Kubu wyglądałaś jak gwiazda filmowa! Nigdy nie widziałam żeby Kobieta po porodzie wyglądała tak pięknie i tak kwitnące jak Ty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego pierwszego dnia po narodzinach faktycznie wyglądałam dobrze :D Na zdjęciach nie widać zmęczenia, a kiedy u mnie byłaś to nie spałam od 37h (nie licząc jednej godzinnej drzemki). Za to przez kolejne dwa tygodnie wyglądałam fatalnie ;-) nie mam ani jednego ładnego zdjęcia z Kubą i ciężko mi siebie na tych zdjęciach rozpoznać. Tak czy siak dziękuję :-)
      PS: A widziałaś jakąś inną kobietę po porodzie? ;)

      Usuń
  12. Od kilku lat co miesiąc przezywam ten sam ból, znowu się nie udało, córka zostanie jedynaczką :( Tez pisałam o swoich przejściach, choć nigdy ciaży oficjalnie nie straciłam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję! To okropne, że kiedy kobieta tak bardzo pragnie to często nie wychodzi, a kiedy nie chce to udaje się bez starania. To niestety potwierdzenie, że wszystko siedzi w głowie. Znam przypadek, gdzie para po 10 latach starań o drugie postanowiła adoptować dziecko, ale po długiej walce ich wniosek został odrzucony. Całkowicie zrezygnowani pogodzili się z losem i bum, chwilę później okazało się, że będą rodzicami. Drudzy nie mogli zostać rodzicami, w końcu się pogodzili, złożyli wniosek o adopcję. Dość szybko zostali rodzicami, a wtedy okazało się, że zostaną nimi raz jeszcze - dziewczyna była w ciąży. Trzymam kciuki żeby się udało :-)

      Usuń
  13. Jest nas miliony. Ja straciłam dwoje. I chciałabym, by nikt tego nie przechodził.
    Szczęścia życzę Tobie i całej Twojej rodzinie 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ja też chciałabym żeby nikt nie musiał przez to przechodzić i przerażona jestem, kiedy widzę jak szeroki jest ten problem. Oprócz komentarzy tutaj dostałam dziesiątki prywatnych wiadomości :( Dzięki :* Wam również szczęścia i zdrowia :))

      Usuń
  14. Aguś. Drobna, ale silna kobietka z Ciebie!
    Asia W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* Nawet jakbyś się nie podpisała to wiedziałabym, że to Twój komentarz :)

      Usuń
  15. Wielkie brawa za to że zdecydowałaś się napisać tak intymny i trudny tekst. Cieszę się że jednak się udało! Jesteście dzielnymi rodzicami, podziwiam te pary które mają dzieci rok po roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) nie zawsze tacy dzielni jesteśmy, dzieci rok po roku dają w kość, choć myślę, że każda różnica wieku między dziećmi ma plusy i minusy. Bardzo chciałam, żeby chłopaki byli rok po roku, a termin miałam na przełom grudnia i stycznia, więc była opcja, że będą miedzy nimi dwa lata różnicy.

      Usuń
  16. Cieszę się że wszystko dobrze się potoczyło i masz dwoje cudownych dzieciaczków. My na dziecko zdecydowaliśmy się dopiero kiedy skończyłam 31 lat i powiem Ci że dobijały mnie te ciągłe pytania i teksy jak to się robi. Nie miałam problemów z zajściem w ciążę i była to nasza świadoma decyzja, ale to dogadywanie strasznie denerwowało. Nie wyobrazamw sobie jak takie teksty muszą boleć gdy mamy problem z zajsciem w ciazew lub gdy tracimy dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się sporo nasłuchałam i pamiętam dwa razy, które mnie dotknęły. O jednym wspomniałam, drugi był dwa miesiące po poronieniu. Wujek sobie zażartował, że teraz pora na bliźniaki żebym dogoniła kuzynkę, która już ma dwójkę... On się śmiał, a ja musiałam wyjść żeby się nie rozpłakać. A co do tekstów to przecież nie kończy się na pytaniu o dziecko. Zaraz po nim następuje pytanie: to kiedy drugie? A jeśli drugie jest tej samej płci (tak jak u nas) to powstaje pytanie: Kiedy dziewczynka? :-)

      Usuń
  17. Super, że jesteś tu gdzie jesteś i motywujesz inne kobiety tym, że nie zawsze wszystko toczy się jak w bajce, ale najważniejsze to mieć oparcie - w partnerze, w rodzinie, wśród bliskich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Takie słowa wiele dla mnie znaczą :)

      Usuń
  18. Cudowny post! Bardzo dobrze, że go napisałaś. Żałuję, że nie przeczytałam go 2 lata temu po drugiej stracie...ja miałam to szczęście, że w domu czekała na mnie 2 letnia córeczka. To ona dawała mi siłę na to by rano wstać.
    Bardzo się cieszę, że mimo tak ciężkich przejąć udalo Wam się i jesteście razem w CZWÓRKĘ :-) Nam też się udało i mam wspaniałe dwie córeczki :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję! Każde Wasze słowo bardzo mnie cieszy i jest ogromną motywacją do dalszego pisania.